Życie towarzyskie i uczuciowe, cz. 1
W ostatnim odcinku pisałem o zapominaniu tzw. języka w gębie i ciętych ripostach, które przychodzą nam na myśl stanowczo za późno. Czasami jednak lepiej nie odzywać się wcale, niż powiedzieć coś tak absurdalnie głupiego, że siedzisz potem człowieku i sam się zastanawiasz, co tak naprawdę miałeś na myśli. No chyba, ze okoliczności sprawiły, że zbaraniałeś doszczętnie. Przydarzyło się to pewnemu młodemu człowiekowi, który z niecierpliwością czekał aż rodzice jego narzeczonej wyjadą wreszcie na urlop. Powiedzmy sobie szczerze, chłopak nie cieszył się sympatią niedoszłych teściów, a szczególnie tatuś dziewczyny reagował na niego alergicznie. Młodzi nie mieli, więc specjalnie okazji pobycia ze sobą sam na sam. Kiedy więc tylko samochód zgredzików zniknął na zakręcie, młody człowiek wydzwaniał już do drzwi dziewczyny przestępując niecierpliwie na wycieraczce z nogi na nogę. Udanie się do sypialni, wydawało się im stratą czasu, więc przystąpili do dzieła, romantycznie, w przedpokoju, pod paltami… I kochaliby się tak długo i uporczywie, gdyby nie przeszkodził im w tych czynnościach zgrzyt klucza we drzwiach. Tatuś wrócił po ciepły szal mamusi. Dziewczyna schroniła się w łazience, udając, że się kąpie, a chłopak – kompletnie nieubrany – tradycyjnie w szafie. Nie był to najlepszy pomysł, gdyż senior energicznym krokiem podszedł do tego mebla właśnie i otworzył drzwi…Obaj panowie zareagowali na siebie „odwrotnie proporcjonalnie”: im tatuś bardziej czerwieniał – tym młodzieniec bardziej bladł. W końcu ten ostatni, gdy przybrał barwę zsiadłego mleka, wykrztusił: – Przepraszam bardzo, czy zastałem Beatę? Ojca przed apopleksją uratowała szybka interwencja pogotowia, która udzieliła też pomocy zemdlonemu nagusowi.
No dobrze, powie ktoś, młodość ma swoje prawa, musi się wyszumieć, a nawet palnąć od czasu do czasu jakąś głupotę, ale co zrobić, gdy w sytuacji dwuznacznej znajdzie się człowiek stateczny, zrównoważony, z którym kpiarz-los zakuglował sobie okrutnie. Taka historia przydarzyła się doktorowi habilitowanemu, wykładowcy pewnej wyższej uczelni. Naukowiec ów cieszył się nieposzlakowaną opinią: dom – uczelnia – biblioteka –dom. Od czasu do czasu jakaś konferencja naukowa. Kiedy więc żona wybrała się z dziećmi na wczasy, nasz bohater zacierał w duchu ręce: „oni wreszcie pojadą, a ja do biblioteki – poczytać, poczytać…” Pech jednak chciał, że pewnego dnia spotkał kolegę ze studiów, który porzucił robienie doktoratu na rzecz własnej, nieźle prosperującej firmy. Kapitalista zaprosił pracownika naukowego na obiad. Po kilku godzinach wspominek okazało się, że doktor hab. odzwyczaił się na tyle od alkoholu, iż kontakt z nim stał się nadzwyczaj utrudniony. Wezwano, więc taksówkę, która odwiozła naukowca do domu. Kiedy następnego dnia z trudem odkleił powieki lewego oka, wydawało mu się, że potworna błyskawica rozwala mu głowę na kawałki. Usiłował sobie coś przypomnieć, ale przypomniał sobie tylko jedno, że gdy wysiadł z taksówki i wężykiem przemierzał trawnik przed swym domem, zadziwił go widok olbrzymich spodni – rybaczek wypiętych w jego stronę z napisem: MPRO – Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Ogrodniczych. Nie tyle same spodnie go zdumiały, ale rozmiary ich zawartości. Czegoś tak dużego ani jako człowiek nauki, ani jako mężczyzna do tej pory nie widział. Obok spodni stała ciężka, spalinowa kosiarka do trawy. Nic więcej nie pamięta, gdyż wtedy, jak mówią Rosjanie, pożegnał się z rozumem: „ praszczaj um, wstrietimsia utro”. Kiedy wyswobodził z niewoli powiek drugie oko, stwierdził, że leży w swoim łóżku przykryty kołdrą. Nagle przykrycie u jego boku gwałtownie się poruszyło i wychynęła, jak mu się w pierwszej chwili wydawało, głowa żółwia: brązowa, pomarszczona i bezzębna, przyozdobiona bandanką. Głowa przymilnie wysepleniła: – Kocurku, zrobisz mi kawusi? W tym momencie, jak pisał klasyk, coś w głowie naukowca eksplodowało z taką siłą, że jęknął i zamknął oczy. Kiedy ponownie je otworzył, zobaczył, że na środku pokoju, w półmroku coś mętnie połyskuje… Wielka, spalinowa kosiarka do trawy.
Od tej pory doktor hab. stał się wrogiem alkoholu, ba studenci, których przyłapał na piwie, mają u niego przechlapane, i zdają egzaminy po parę razy. Sam doktor hab. stara się nie pamiętać o najczarniejszym koszmarze swego życia, dlatego z wielką podejrzliwością odpowiada na poranne pozdrowienia dozorcy. Stary wiarus podnosi rękę do czapki niby salutując, ale jego dwa palce prawie niewidocznie się poruszają – jakby strzygł, albo co…
Andrzej Kołodziejski



