To właśnie lata osiemdziesiąte są dla jednych szczytem tandety i kiczu w muzyce, a dla innych (także i dla mnie) jednym z najwspanialszych okresów, wręcz złotymi latami młodości i młodzieńczego szaleństwa, także muzycznego. To właśnie w tych latach 80. byłem (jak może wielu z Was) nastolatkiem, przeżywałem pierwsze miłości „po grób” i zaczynałem żyć pełnią samodzielności, a w muzyce narodziło się i zaczęło kształtować wiele stylów istniejących do dziś: New Romantic, Synth Pop, Italo Disco, Euro Disco, Techno, House, Electro, New Beat.
Wszystkie te style muzyczne łączy przede wszystkim jeszcze wówczas prymitywne i plastikowe brzmienie pierwszych syntezatorów (wtedy było to nieodzowne „objawienie” brzmieniowe). Pewne natomiast jest, że to właśnie te lata przyniosły ogromny rozkwit w muzyce pop i pokrewnych gatunkach, że powstały tysiące utworów, które stały się nieprzemijającymi standardami.
Oprócz największych wykonawców tamtego okresu, znanych i często grających do dziś (jak choćby Depeche Mode), powstało też mnóstwo mniej znanych zespołów, o których dziś pewnie się już nie pamięta, ale za to ich utwory, które przetrwały wiele lat, obecnie często stają się źródłem przeróbek i coverów. Bywa też, że ówczesne utwory są modyfikowane w ten sposób, iż brzmią lepiej i nowocześniej. Często robią to ich twórcy i pierwsi wykonawcy, którzy zdecydowanie poprawiają, uwspółcześniają brzmienie, dając nam w ten sposób stary dobry produkt w zupełnie innym, nowym opakowaniu.
Także w coraz większej liczbie pubów, klubów i dyskotek gra się teraz tamtą muzykę, są nawet takie lokale, które grają wyłącznie disco z lat 80. i mają z tego powodu swoją stałą i wierną klientelę. Jestem przekonany, że gdziekolwiek się zagra tamtą muzykę, na jakiejkolwiek imprezie (dyskotece, w pubie, imprezie domowej lub okolicznościowej czy na weselu), to mamy praktycznie 100% gwarancję szampańskiej zabawy i pełnego parkietu…
Zresztą powiedzmy sobie szczerze, kto tak naprawdę choćby raz w życiu nie poddał się, nie zatracił w tańcu przy najlepszych utworach Eurythmics, Dead or Alive, Pet Shop Boys, Alphaville, Modern Talking, OMD, Shakin Stevensa, Wham, Michaela Jacksona, A-ha, Abby… Dobrych wykonawców z tamtego okresu można wymieniać naprawdę długo, a jest to wciąż zaledwie garstka spośród wówczas sławnych.
Dlaczego tak jest, dlaczego ta stara, bądź co bądź, muzyka nadal porusza, bawi, „kręci” tak wiele osób, dlaczego jest nieprzemijająca? Moim zdaniem u źródeł jej wieloletniego, spektakularnego sukcesu leży kilka cech istniejących równocześnie.
- Po pierwsze i chyba najważniejsze, w tamtych utworach są najczęściej bardzo chwytliwe i wpadające w ucho melodie, które raz usłyszane „chodzą po uszach” bardzo długo. Podam bardzo prosty przykład piosenki „Cheri cheri lady”, którą zna chyba każdy mimo upływu niemal trzydziestu lat od premiery
- Nie mniej ważne moim zdaniem jest to, że ówcześni wykonawcy mieli dużo lepiej opanowany warsztat muzyczny (i wokalny, i instrumentalny) od współczesnych, u których jakże często czyni się cuda techniczne, by śpiew trafiał w tonację i nie był „obok” rytmu. W tamtych czasach zdecydowanie bardziej liczyły się umiejętności artysty i jego talent, który nie był aż tak mocno jak dziś wspomagany przez kampanie medialne i technikę audiowizualną. Liczył się warsztat i pomysł, a nie nie szok i skandal, który wszak z muzyką ma niewiele wspólnego.
- Dalej będzie to bardziej jednoznaczna, niż jest to obecnie, przynależność do określonego stylu. Wówczas nikt nie miał wątpliwości, że disco to disco, new romantic to new romantic itd. Muzyka tego typu była o wiele mniej eklektyczna niż obecnie, bardziej rozpoznawalna i jednoznaczna stylowo.
- Nie można też zapomnieć o tym, że w latach 80. obowiązywały inne kanony piękna i sztuki. To co miało być ładne, było rzeczywiście ładne, a teraz różnie z tym bywa…
Jednym słowem, jestem pewien, że i za kolejne 30 lat, np. utwór „Smalltown Boy” Bronskiego Beatu będzie słuchaczy wzruszać i powodować szybsze bicie serca, czego niestety moim zdaniem nie można powiedzieć o twórczości zdecydowanej większości współczesnych wykonawców, których nazw teraz najczęściej nawet nie rozróżniam…
Pora umierać?
Marek Grabowski
Dziś chcę się skupić na rozwoju, na wzbogacaniu wrażliwości, emocjonalności i na zmianie sposobu postrzegania świata dzięki kontaktowi z dziełami noszącymi miano sztuki.
Człowiek niemal od początku swojego istnienia jako homo sapiens ma wrodzone dążenie do wytwarzania rzeczy, które nie służyły i nie służą egzystencji w sensie biologicznym i są przejawami tzw. wyższych potrzeb ludzkich.
Tak więc sztuka narodziła się wraz z rozwojem cywilizacji i można przypuszczać, że na początku pełniła przede wszystkim funkcję związaną z obrzędami magicznymi, którą zachowała u ludów pierwotnych do dziś
Sztuka pełni rozmaite funkcje, m.in. estetyczne, społeczne, dydaktyczne, terapeutyczne. Poszczególnymi jej zadaniami będę się zajmował w kolejnych postach, a teraz skupię się jedynie na wyznaczaniu jej ogólnych ram i definicji oraz na estetycznej funkcji sztuki.
Możemy krótko powiedzieć, że jest to dziedzina aktywności ludzkiej uprawiana przez artystów.
Nie istnieje jedna spójna, ogólnie przyjęta definicja sztuki, jest ich współcześnie co najmniej kilka, gdyż jej granice są redefiniowane w sposób ciągły, w każdej chwili może pojawić się dzieło, które w arbitralnie przyjętej, domkniętej definicji się nie mieści.
Nie zgadzam się z jedną ze współczesnych, oficjalnych definicji sztuki, która głosi, że w sztuce pojęcie piękna nie jest ważne i dla niej samej nie jest już nie tylko wartością wyróżniającą, ale nawet nie jest niezbędne.
W ciągu swej długiej historii pojęcie sztuki z bardzo szerokiego, o precyzyjnie wytyczonych granicach, znacznie zawęziło swój obszar. Także jego granice wyraźnie się zatarły. Idąc dalej tym tropem, w społeczeństwach współczesnych sztuka jest w dużej części zawłaszczona przez przemysł rozrywkowy i stała się też w pewnej mierze kolejną gałęzią przemysłu (tzw. sztuka popularna, pop).
Dla mnie o wiele bliższa jest alternatywna koncepcja sztuki, sformułowana przez W. Tatarkiewicza w książce: „Dzieje Sześciu Pojęć”, która mówi, że twórczość artystyczna jest odtwarzaniem rzeczy, konstruowaniem form bądź wyrażaniem przeżyć, tylko jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, wzruszać bądź wstrząsać.
Dlatego właśnie, zgodnie z ostatnią przytoczoną definicją, nie jest sztuką punk rock, który w swym charakterze niesie tylko agresję i dzikość wyładowania emocji i frustracji. Nie są też sztuką plastikowe, sztampowe przeboje disco, u których źródła leżała jedynie chęć zarobienia pieniędzy. Nie są też sztuką inne tego typu działania rzekomego „artysty”, dla którego piękno, a także wzruszenie widza/słuchacza/czytelnika jest nic nieznaczącym abstrakcyjnym pojęciem.
Spotkałem się z opinią (to tzw. nominatywna definicja), że cechą wspólną dla wszystkich dzieł sztuki ma być intencja, z jaką dzieło zostało powołane do życia. Jeśli twórca kreuje je z intencją stworzenia dzieła, to dany wytwór dziełem bezwzględnie jest. To także pozostaje w zgodzie z powiedzeniem Donalda Judda, że sztuką jest to, co się za sztukę uważa. Taka definicja z kolei uniemożliwia wartościowanie dzieł, wszystko, co autor uzna za sztukę, musi nią być, bez względu na poziom, jaki reprezentuje.
Nie zgadzam się z tym zupełnie i uważam, że najważniejszą cechą wyróżniającą sztukę na tle innych działań człowieka jest to, że MUSI zachwycać i wzruszać.
Jednym słowem bezwzględnie konieczną cechą wyróżniającą utwór artysty od wytworów wszystkich innych osób musi być piękno, co zupełnie nie przeszkadza temu, że dzieło sztuki może przekazywać ważne treści, opowiadać o czymś istotnym bądź wstrząsać.
Marek Grabowski
Chyba w latach sześćdziesiątych (albo i w pięćdziesiątych, nie pamiętam, bo mnie jeszcze wtedy nie było na świecie) bardzo popularna była piosenka zespołu Filipinki o pierwszej w świecie podniebnej miss, Walentynie Tiereszkowej – rosyjskiej, pierwszej kobiecie kosmonautce. „Walentyna, Walentyna, to pierwsza w świecie podniebna miss. Jej imieniem więc się zaczyna najnowszy Walentyna Twist.” Jakoś chyba tak to szło. Za kilka dni święto zakochanych Walentynki, więc dlatego o tym piszę.
Pewnie po raz kolejny będę – klasycznie – siedział sobie w pokoju przy herbatce i czytał książkę. No cóż, starzeję się, to niezaprzeczalny fakt. A człowiek na starość to już tylko książeczka, ciepełko domowego zacisza, wygodny fotelik i inne takie tam. Pewnie jednak będzie mi trochę smutno, więc pod nosem zaśpiewam sobie o Walentynie, która gdzieś hen pod gwiazdami fruwała rosyjską rakietą, czy innym statkiem kosmicznym. No wiem, żałosne jak nie wiem co.
W każdym razie Walentynki tuż tuż. Samotnikom, takim jak ja życzę jednak pogody ducha, wewnętrznego spokoju i znalezienia wreszcie tej jednej jedynej miłości. Miłość to fajna sprawa – nie zastąpi jej żadne teoretyzowanie, poetyckie wynurzenia czy ględzenie o pozornej wolności. Z góry więc życzę wszystkim miłości, a reszta sama się odnajdzie.
I żeby nikt nie był niczym cymbał brzmiący i miedź brzęcząca, a mówienie językami świata i aniołów zastąpił prostym „Kocham Cię” (nawet jeśli naprzeciwko siedzieć będzie inna Walentyna). Tyle na dzisiaj.
„Pani kierowniczko! Takie jest odwieczne prawo natury: jak jest zima to musi być zimno!” – na pewno wszyscy pamiętają te sławetne fragmenty z „Misia” Barei. Trudno się z tym nie zgodzić. W naszym mieście, Warszawie, to, że jest zimno, można rozpoznać nie tylko po tym, że jest zimno, ale także po tym, że przy autobusowych przystankach stoją rozpalone do czerwoności koksowniki; można radośnie ogrzać sobie łapki i w ogóle, jest przyjemnie.
Dla palaczy zima jest dodatkowo ekonomiczna. Jak ktoś pali, to musi palić szybko, żeby nie zamarznąć i ochoczo schronić się w ciepełku najbliższego pomieszczenia (ogrzewanego of course). Zimą więc palacze uczą się szanować swój czas innymi słowy.
Poza tym, trzeba nauczyć się (jeśli ktoś nie umie jeszcze) szybciej chodzić – od przystanku często gęsto jest spory kawałek do przejścia, czy to do pracy, czy to do domu.
Jak widać wszystko ma swoje dobre i złe strony – zima, palenie papierosów i to że na zimę jest zimno.
Maciek (palacz)
P.S.
Palenie szkodzi zdrowiu (tak samo, jak podobno wszystkie inne przyjemne rzeczy w życiu na tym łez padole) – to niepodważalny fakt. Ale w zasadzie zima też (bo przeziębienia i w ogóle). Uroń więc łezkę współczucia Szanowny Czytelniku nad palaczem, którego w dodatku dopadł zimowy mróz – 20°C. Nie dość, że pali, to i zza rogu czyha na niego angina.
Wieczorem w piątek byłem na wernisażu. Gdyby nie obowiązki w pewnym sensie służbowe darowałbym sobie to wyjście i w piątkowy wieczór zaszyłbym się w pokoju z mocną, czarną herbatą i książką. No wiem, że to straszna nuda, ale latka swoje już mam i po prostu mi się nie chce. Nie żebym był jakimś starcem, ale jak boga kocham, na takich imprezach nawiedza mnie zawsze ironiczny duch Witolda G. Serio. Wiem, jestem straszny, ale nic na to nie poradzę. No więc, wernisaż….tiaaaaaaaa.
Zdjęcia rewelacyjne, bez dwóch zdań – gdybym robił chociaż w połowie tak dobre foty mógłbym się uznać za naprawdę świetnego fotografa. Nie ma co się rozwodzić – zdjęcia na olbrzymim poziomie artystycznego kunsztu. Dlaczego w takim razie zmyłem się stamtąd tak szybko? No cóż. Atmosfera (atmosferka).
Pewnie jestem za bardzo surowy i pewnie nie do końca mam rację, ale tak czuję, więc nic na to nie poradzę. Zawsze przy takich okazjach mam wrażenie, że ludzie, którzy tam są, są tam bo wypada, a nie dlatego, że faktycznie są zainteresowani. Jakieś rozmowy, jakieś winko, ktoś ogląda zdjęcia, ktoś przylazł, bo wydaje mu się, że będzie fajniejszy, jak od czasu do czasu pojawi się w takim miejscu, jakieś twarze, które znałem lata całe temu, a teraz nic dla mnie już nie znaczą, oprócz tego, że widzę w nich zupełnie obcych ludzi. To jest tak – dlatego bardzo rzadko bywam, w takich miejscach, bo zawsze czuję tam jakiś fałsz i sztuczność.
Tak na logikę: nie można zdjęcia czy obrazu naprawdę obejrzeć i przy tym zrozumieć, kiedy wokół kręci się kilkadziesiąt osób, z których każda coś mówi. Malarstwo jak i fotografia wymagają czasu, skupienia, ciszy i nawet po prostu kontemplacji. Wernisaże, premiery, wystawy są dobre dla snobów. Sztukę smakuje się w samotności, tym bardziej sztukę wizualną.
Punkt pozytywny tego wyjścia: na następne lata mam święty spokój, bo na pewno z własnej woli nie polezę na tego typu imprezę długo, długo, długo.
Załóżmy na wstępie, że będziemy tu rozumieć szczęście jako efekt własnych poczynań w kierunku osiągnięcia sukcesu w dowolnej dziedzinie, bez skupiania się na poczuciu szczęścia wynikającym z relacji z drugą osobą czy interakcji rodzinnych. Obliczono statystycznie, że tylko 5 procent ludzkości osiąga prawdziwy sukces i od razu powinno w naszych umysłach zrodzić się pytanie, co powoduje, że można nas raczej zaliczyć do pozostałych 95 procent?
Każdy może i nawet chyba powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób przeżywa własne życie. Czy angażując stale wszystkie swoje możliwości psychofizyczne, należy każdy kolejny dzień wykorzystywać maksymalnie do realizacji swoich zamiarów i osiągania celów? Czy ciesząc się każdą chwilą, należy z entuzjazmem podejmować się wszelkich, nawet trudnych i skomplikowanych zadań? Czy wręcz przeciwnie, przyjmując wszystko biernie i w tej postaci, w jakiej istnieje, bez podejmowania żadnej aktywności zmierzającej do realizacji marzeń, być przeciętnym i w końcu popaść w rutynę codzienności i bylejakości?
To co za chwilę tu napiszę, może zniechęcić do działań lub odwrotnie – wywołać „wzięcie się w garść” i motywację do brania życia w swoje ręce…
Nikt nie wymyślił złotego środka na osiągnięcie tego, co się chce i odniesienie sukcesu, cokolwiek on znaczy dla każdego z nas, i każdy może pojmować za tenże sukces zupełnie różne wartości. Innymi słowy dla każdego z nas sukces może oznaczać zupełnie coś innego!
Niemniej jednak przytoczę tutaj jedną, uniwersalną, jak sądzę, radę. Chcę jednak od razu zrobić pewne zastrzeżenie, że opisywana metoda nie jest jedynie „pozytywnym myśleniem”, które ma tyle samo zwolenników, co przeciwników, lecz jest w dużym stopniu pokrewna z założeniami np. Huny, o której także piszę tym blogu w dziale „Psychotronika”.
Do skorzystania z tej rady nie potrzeba będzie ani pieniędzy na inwestycję, ani udziału w żadnych szkoleniach, ani szlifowania umiejętności w czasie długich godzin żmudnych ćwiczeń. Jedyne, co chcę tu zaproponować, to zmiana swoich nawyków myślowych i podejścia do siebie samego.
Pewna mądrość, którą sam znalazłem w kilku publikacjach na temat rozwoju i osiągania sukcesu i której trudno jest zaprzeczyć, zawiera się tylko w jednym zdaniu. Radzę przeczytać uważnie i głęboko się nad nim zastanowić! „Jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”. To twoje myśli i nawyki determinują Twoje wszelkie postępowanie i stajesz się tym samym swoistą „samosprawdzalną przepowiednią”. Działasz według własnych utartych schematów postępowania, towarzyszy Ci permanentny strach przed jakąkolwiek zmianą i podjęciem dowolnych nieznanych wyzwań. Wskutek tego tkwisz w dotychczasowym schemacie myślowym, a Twe życie nie ma szans na pozytywną zmianę. Proste, czyż nie?
Najważniejsze jest zatem to, w jaki sposób myślisz i jakie masz nastawienie do życia. Dowolny sukces trzeba najpierw wymyślić, zwizualizować, niejako przeżyć go niemal realnie w wyobraźni i dopiero później należy podjąć działania w celu jego urzeczywistnienia. Właśnie taka kolejność postępowania może stać się źródłem wymarzonego sukcesu i właśnie tym, wydawałoby się, drobnym szczegółem różni się to od zwyczajnego i szczególnie modnego w dzisiejszych czasach „pozytywnego myślenia”. Najpierw trzeba sobie ten przyszły sukces dokładnie wyobrazić z wszelkimi możliwymi szczegółami jego konsekwencji i dopiero, skupiając się na tym całościowym wyobrażeniu, zacząć go urzeczywistniać.
Metoda, którą opisałem, bardzo mnie przekonuje, jest zgodna z tym pierwszym podejściem do życia i samego siebie. Jest absolutnym przeciwieństwem bierności i przyjmowania swego życia takim, jakie jest, choć, jak wspomniałem, nie wymaga męczącej aktywności ani wysiłku, tylko myślenia i wyobraźni!
Pozdrawiam wszystkich i życzę bogatej wyobraźni…
Marek Grabowski
Zmarła Wisława Szymborska. Poeta, laureatka literackiej Nagrody Nobla 1996.
Kiedyś zajmowałem się bardzo dużo uprawianiem muzyki. Grałem w kilku amatorskich składach rockowych, a to na perkusji, a to na gitarze, a to śpiewając. Muzyka była całym moim życiem i nic poza nią tak naprawdę nie liczyło się dla mnie. O mały włos, a przez muzykę, przez pasję do niej nie zrezygnowałbym ze studiów. Ta pasja trwała całe lata, aż do apogeum mojej choroby. Przestałem wtedy grać, zająłem się swoim zdrowiem, a gdy wreszcie udało mi się wyjść z najgorszego poświęciłem muzykowanie na rzecz literatury, pisania.
Nie można służyć dwóm bogom przecież – naprawdę tak jest. W każdym razie, gdy zaangażowany byłem kiedyś bardzo mocno w uprawianie muzyki, co jakiś czas dochodziły do mnie informacje, że ktoś ważny ze świata muzyki rockowej umarł, albo umarł popełniwszy samobójstwo. Za każdym razem gdy dowiadywałem się o śmierci muzyka strasznie to przeżywałem.
Muzyka jest jak wiadomo bardziej emocjonalna niż intelektualna – ja wiadomości o odejściu kolejnych ikon współczesnego grania odbierałem tak, jakby odchodził ktoś z mojej rodziny, naprawdę! Jakbym stracił kogoś, kto był mi niezwykle bliski, tak jak bliskie są nam nasze matki, ojcowie, siostry i bracia. Za każdym razem po takiej wiadomości przez kilka dni musiałem dochodzić do siebie. Myślałem o tych śmierciach i czułem się opuszczony – opuszczony przez człowieka, który śmierć wybrał sam, albo śmierć wybrała jego. Zamykałem się w swoim pokoju i grałem, grałem całymi godzinami, unosząc w przestrzeń moje prywatne requiem dla zmarłego muzyka.
Przez jakiś czas bardzo z tego powodu cierpiałem czując nawet złość, że odszedł ktoś, kto był dla mnie ważny. Przechodziło mi po pewnym czasie, jednak w sercu pozostawała jakaś dziwna zadra, która nie pozwalała mi zapomnieć o zmarłym muzyku. Kiedy w pewnym momencie zorientowałem się, że minęło kilka ładnych lata, a ja nie biorę gitary, czy pałek perkusyjnych do rąk zrozumiałem, że najważniejsze jest już dla mnie zupełnie co innego – inna dziedzina sztuki, literatura.
Od ponad dwóch lat pracuję nad większą formą prozatorską, do której wczoraj wróciłem. Wczoraj, 1 lutego 2012 r., w dniu śmierci naszej wybitnej poetki. Zorientowałem się w związku z tym smutnym bądź, co bądź wydarzeniem, że czuję coś zupełnie niezwykłego. Kiedy umarł poeta, nie było we mnie smutku, nie było we mnie żalu, nie było we mnie niezgody, nie było we mnie złości i rozczarowania. Śmierć Wisławy Szymborskiej obudziła we mnie świadomość pewnego rodzaju zgody. Kiedy dowiedziałem się o odejściu Mistrzyni Słowa poczułem, pomyślałem, że skoro poprzez swoją poezję była ona orędownikiem ludzkiej prawdy, prawdy o człowieku, o tym kim jest, prawdą i harmonią jest także jej śmierć. Trudno jest mi to wytłumaczyć, ale odczułem, usłyszawszy tę wiadomość, że śmierć w tym wypadku jest kolejnym krokiem Poetki, który przybliża ją do prawdy właśnie, a więc czymś tak naturalnym w jej przypadku, że potraktowałem to, co się stało jako kolejny krok w jej twórczym, artystycznym i pełnym człowieczeństwa życiu. Nie smucę się – raczej myślę o tym, co dzieje się z poetą, kiedy umiera – gdzie odchodzi i czy jest to jakieś specjalne miejsce. Jestem przekonany, że Wisława Szymborska odeszła tam, gdzie otoczona jest już teraz tylko przez piękno słów, którym może smakować to jestestwo gdzieś po drugiej stronie.
Piszę to wszystko, by podzielić się refleksją. Pewnie nie udało mi się wyrazić tego wszystkiego, co czuję, jednak jestem przekonany, że Poetka i jej perspektywa, optyka widzenia świata, teraz, dzisiaj, dzień po swojej śmierci widzi całą rzeczywistości jeszcze bardziej wyraźnie i czule, kochając to wszystko, co widzi patrząc na nas z góry.
Pamięć o poecie nie umiera nawet wtedy, gdy wydaje nam się, że nikt o nim nie pamięta. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale czuję, że jest tak naprawdę.
Poezja zostaje w nas na zawsze – śmierć Wisławy Szymborskiej nie naruszy w żaden sposób siły jestestwa Jej poezji. Pozostanie ona nawet w sercach tych, którzy Jej twórczości nie znają. Poezja zawsze jest magią i choć ciężko to zrozumieć, zawsze jest na dnie serc każdego z nas.
Jolanta Brach-Czajna w książce „Szczeliny istnienia” wprowadza nas w świat ukryty, ale faktycznie i wręcz namacalnie istniejący. Nie chcę pisać o tej rewelacyjnej literaturze filozoficznej – dla tego, co chcę napisać tym razem stanowi ona jednak ogromną inspirację i cały czas aktualną życiową wiedzę.
Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, że kiedy złapie porządny mróz na oknach autobusów czy innych skm-ek pojawiają się wyrafinowane artystycznie wzory? Czy zwróciliście kiedyś uwagę na złotą poświatę, która pojawia się nad naszymi głowami, kiedy pojawia się pierwsze wiosenne słońce? Czy nie macie wrażenia niezwykłości, gdy podczas rozmowy z przyjacielem na temat zupełnie dowolny w zdaniach, które słyszycie pojawiają się słowa, które układają się w tajemniczy komentarz dotyczący czegoś, co dla was jest arcyważne i co przykuwa waszą uwagę od miesięcy, czy nawet lat?
To są właśnie te fragmenty, te szczeliny, przez które odsłania się przed nami obraz świata, jakiego nie widać, choć widać go przecież tak bardzo wyraźnie. Nagle okazuje się – jeśli tylko wytężycie wzrok, słuch albo nawet zmarznięte noski – że to wszystko, co jest tak zwyczajne, aż tak zwyczajne nie jest…staje się wtedy niedużym otworem prowadzącym na drugą stronę.
Myślę, że nie warto o tym zbyt dużo pisać – o rzeczach ważnych naprawdę słowa i tak nie opowiedzą zbyt wiele. Dla mnie to są właśnie te drobinki istnienia, dla których warto nie wariować i żyć pełną piersią. Nic nie zastąpi nam tego, że istniejemy. Wariujemy wtedy tylko, gdy druga przestrzeń (o której w jednym ze swoich zbiorów poezji pisał Czesław Miłosz) jest dla nas niewidoczna. Naprawdę warto skupić się na niej, choć odrobinę, bo wtedy życie okazuje się niezwykłym darem, za który poprzez nie same, poprzez to, w jaki sposób je przeżyjemy musimy Komuś podziękować.
Tyle na dzisiaj (środowy mróz jest naprawdę wspaniały).
Wczoraj, program TVP2 wyemitował (późno, bo późno, ale lepiej tak niż wcale) film Miloša Formana, Duchy Goi. Nie wiem właściwie, co mam o tym filmie napisać. Nie wiem, tak samo jak nie wiadomo, w jaki sposób skomentować każde inne arcydzieło sztuki. Może skupię się po prostu na tych cechach tego filmu, które mnie urzekły najbardziej.
Hiszpański malarz z przełomu XVIII i XIX wieku, Francisco Goya, jest uznanym malarzem, u którego portrety zamawiają możni tego świata. Jest on jednak w tym filmie pokazany nie jako ogromnej klasy artysta-geniusz-wizjoner, ale przede wszystkim jako człowiek uwrażliwiony na los drugiego człowieka. Widzimy go przez pryzmat historii młodej dziewczyny (córki przyjaciela malarza), która z niewiadomych przyczyn dostaje się w ręce ówczesnej hiszpańskiej inkwizycji. Podczas przesłuchania, podczas tortur, jakimi jest poddawana przyznaje się do innowierstwa. Zrozpaczony ojciec wszelkimi możliwymi środkami, próbuje wydobyć córkę z przepełnionych lochów ówczesnego kościoła. Kiedy, nawet pomimo ogromnych pieniędzy, jakie chce oddać kościołowi za życie córki, nie udaje mu się nic wskórać, postanawia uwolnić ukochane dziecko za pomocą fortelu. Pod pozorem uroczystej kolacji i wręczenia ogromnych pieniędzy na odbudowę zabytkowego klasztoru zwabia do swego domu jednego z fanatycznych inkwizytorów. Goya podczas tego wieczoru jest świadkiem ojcowskiego heroizmu, który nie cofnie się przed niczym.
Nie chcę opisywać całej fabuły, ponieważ odebrałbym przyszłym widzom radość w smakowaniu jej, już w trakcie oglądania filmu. „Duchy Goi” ma przynajmniej kilka płaszczyzn, które uważam za zrealizowane z ogromnym filmowy kunsztem. Oprócz samej fabuły (scenariusza), wątków rozwijających się w sposób bardzo przemyślany i trzymających widza w stałym napięciu i zainteresowaniu, trzeba podkreślić rewelacyjną grę aktorską (m.in. Natalie Portman), ale także dialogi i last but not least charakteryzację. Główna rola kobieca i postać kreowana przez Portman zasługuje pod tym względem na ogromną atencję.
„Duchy Goi” to film przede wszystkim o człowieku i ludziach – wielkość artystyczna hiszpańskiego malarza jest jakby na drugim planie. Obok filmów takich jak „Wszystkie poranki świata”, „Vatel”, czy choćby rewelacyjne „Niebezpieczne związki” i „Amadeusz” (także w reżyserii Miloša Formana) jest to jeden z najlepszych filmów kostiumowych, jakie miałem okazję oglądać. Jego przekaz i myśl przewodnia udowadniają, że wielkość człowieka mierzy się wedle cnót serca, i tylko wedle nich.
„Duchy Goi” to jedno z tych filmowych arcydzieł, które pozostawia w odbiorcy przestrzeń wolną, przestrzeń, która ujawnia się dopiero po jakimś czasie, i konfrontuje nas samych z naszym głębokim człowieczeństwem.
„Duchy Goi” w reżyserii Miloša Formana – gorąco polecam.
Na jednym z najpopularniejszych portali internetowych – szukając inspiracji do dzisiejszego wpisu – przeczytałem fragment ni to bloga, ni to artykuł o ludziach z chorobą duszy. Moja dusza też jest „chora” od lat, ale nie zmienia to faktu, a może jest tak tym bardziej….że gdy czytam teksty w tym stylu trafia mnie jasny szlag.
Mówienie o inności, jakieś próby wezwania społeczeństwa do tolerancji, żeby nie patrzyło na nas jako na „psycholi”, żeby zaakceptowało inność, i żeby zdało sobie sprawę z faktu, że w każdej chwili samo może rozpocząć swoje kariery, jako psychicznie chore. Dla mnie to wszystko jest tandeta i mrzonki. Społeczeństwa nie da się zmienić, ludzi, którzy nie mają za sobą pewnego doświadczenia także. Nie dostałeś od życia po głowie = nie wiesz co to znaczy ta piekielna choroba duszy. Piszę piekielna, chociaż w zasadzie powinienem powiedzieć „błogosławiona”. Dlaczego? Ano dlatego, że dzięki „przypadłości”, którą nie każdy ma zmieniła się moja optyka – widzę wszystko o stokroć wyraźniej, a ludzie…no właśnie, co z ludźmi, tymi, których widzę tak, a nie inaczej.
Ludzie nie chcą zmian i boją się ich. Najmilej i najprzytulniej jest siedzieć w swojej norce, skrzętnie przez lata wykopanej, ocieplonej i zabezpieczonej przed dostępem czegokolwiek z zewnątrz – tym samym „czegokolwiek innego”. Zmiana zawsze wiąże się z odwagą. Ludzie nie są odważni. Może nie są także tchórzami, ale tylko w tych sytuacjach, które dotyczą ich bezpośrednio. Jeżeli coś, albo ktoś nie dotyczy ich namacalnie i bezpośrednio właśnie, to po prostu omijają sprawę, nie myśląc, że przecież kiedyś coś podobnego może spotkać ich samych. Najbardziej zawsze zastanawia mnie fakt, czy pewnego rodzaju sytuacja, kiedy nagle ludzie zdrowi na duszy, stają się ludźmi chorymi na duszy. I wtedy mamy klops. Osoby takie, w takich sytuacjach zmieniają diametralnie swój światopogląd, i wszyscy ci, którzy jeszcze niedawno byli „świrami” i innymi takimi, nagle stają się jedynymi, którzy potrafią coś (cokolwiek!) zrozumieć.
Doświadczenie zawsze nas czegoś uczy i zawsze zmienia nasz światopogląd i sposób postrzegania innych ludzi. Ale nie o to mi chodzi. Zawsze, kiedy słyszę o takich sytuacjach czy ludziach oblewa mnie siódmy pot niesmaku. W tych metamorfozach jest coś, czemu nie ufam, i w co nie wierzę. No, ale staram się sobie tłumaczyć, że przecież….łotr wiszący na krzyżu obok Jezusa Chrystusa, też nawrócił się w ostatnich momentach swego życia, przez co Jezus obiecał mu, że jeszcze tego samego dnia będzie razem z Nim w niebie w domu Boga Ojca…przypomina mi się św. Paweł, który jako prześladowca chrześcijan, dostał objawienia na drodze do Damaszku i stał się jednym z najżarliwszych krzewicieli wiary w Chrystusa Pana (Hymn do miłości z I listu do Koryntian to nie tylko najpiękniejsza na świecie poezja, ale przede wszystkim ogromne i wspaniałe wyznanie wiary wierzącego w Miłość)… przypomina mi się św. Augustyn i jego nawrócenie…przypomina mi się wiele postaci, które dzięki momentowi olśnienia i nawrócenia stały się innymi, innymi niż były, lepszymi i po prostu ludzkimi.
Co mnie w tym jednak zastanawia, to fakt, że ludzie ci zmienili się w takim stopniu, że zmienili całą naszą europejską kulturę i w pewnym sensie poświęcili siebie dla nas, żyjących tu i teraz, pośród takich a nie innych wartości i rzeczy, które dla nas wszystkich są ważne, jako wartości wedle których funkcjonujemy. Różnica polega jednak na tym, że ludzie, którzy zmieniają się na korzyść w sensie, o którym mówię (choroba duszy wymusza na nich tę zmianę) zmieniają tyle tylko, że stają się bardziej tolerancyjni, bo sami tej tolerancji potrzebują, żeby nie skazać się na społeczne wykluczenie. Gdyby nie było wykluczenia, tolerancja nie obchodziłaby ich. Są lepsi, bo nie chcą być gorsi.
Św. Paweł został świętym, bo zrozumiał, przeżył głęboką wewnętrzną przemianę, bo zrozumiał, że czynił źle. Ludzie, którzy zachorują i nagle stają się tolerancyjni, rozumieją, że wcześniej byli niesprawiedliwi i czynili źle, ale dlatego, bo sami nie chcą odtrącenia, na które jeszcze jakiś czas temu sami siebie by skazali, gdyby będąc zdrowymi, sami siebie widzieli jako chorych.
Czy św. Paweł nie chciał odtrącenia (pomijając oczywiście odtrącenie Boskie, odtrącenie przez Boga)? Nie. W pewnym punkcie swego życia poszedł za głosem prawdy – głębokiej wewnętrznej Prawdy. Zdrowi, którzy już nie są zdrowi, boją się swojej inności i dlatego nawołują do tolerancji i otwarcia serc na swą inność. To mnie właśnie wkurza: nie potrafię dostrzec w tych metamorfozach nienaruszalnej prawdy i szczerości
Jedyna zmiana, w jaką jestem w stanie uwierzyć to ta, za którą stoi całkowite wyrzeczenie się przeszłości, na rzecz tego, co teraz. Św. Paweł stał się inny – ludzie, którzy zaczynają swoją przygodę z chorobami duszy stają się inni, bo boją się tych, którymi byli niegdyś, a więc są nimi tak naprawdę przez cały czas. Są inni, bo boją się, żeby inni nie traktowali ich tak, jak kiedyś oni sami traktowali odszczepieńców. Jest w tym coś, czego nie rozumiem i na co się nie zgadzam. Wierzę tylko w te przemiany, które cicho akceptują obecnie istniejący stan rzeczy i nie wmawiają nikomu swojej jedynej prawdy.
W jednym z utworów łódzkiej Comy, z płyty “Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków” jest taki fragment “…nie wypełniliśmy się dniem”. No właśnie…dlaczego tak mało z nas potrafi i chce po prostu „wypełnić się dniem”.
Tyle tego dobrego na dzisiaj.



