Życie osoby niepełnosprawnej w Polsce usłane jest różami, z tym zastrzeżeniem, że róże sterczą kolcami, niczym palisada wioski ludożerców, a płatki służą jedynie do ubarwienia pełnego hipokryzji sielskiego obrazka.
Weźmy przykład pierwszy z brzegu, czyli mój. Kiedy 5 lat temu stałem się jednonogiem, nastąpiła biurokratyczna konieczność ustalenia stopnia mojej niepełnosprawności. W tym celu wysłałem dokumentację medyczną do odpowiednich instytucji. (Celowo nie wymieniam ich długich nazw, ograniczę się jedynie do oczywistego spostrzeżenia, że im dłuższa nazwa, tym większy stopień zbiurokratyzowania i niekompetencji – zapomniane prawo Parkinsona).
Dość powiedzieć, że w końcu przysłano mi orzeczenie o stopniu niepełnosprawności znacznym… warunkowo na dwa lata. Pamiętam, kiedy czytałem to pisemko opatrzone licznymi pieczęciami, przypomniała mi się reakcja niejakiego Stopy Lichodiejewa z „Mistrza i Małgorzaty’, który na widok kota wypijającego kieliszek wódki i zakąszającego grzybkiem, bez czucia osunął się na ziemię drapiąc bezwiednie futrynę. Ze mną nie było aż tak źle, niemniej usłyszałem za uszami diabelski chichocik: „Witamy w świecie absurdu”.
Postanowiłem walczyć z demonami biurokracji i wysłałem zjadliwe pisemko do medycznych urzędasów, pytając, czy uważają, że jestem jaszczurką, której odrasta utracony ogon? Zignorowano te kwestię, uznając widocznie, że jednak jaszczurem nie jestem i orzeczono „dożywocie”. Myślałem, że moje potyczki z biurokracją na tym się zakończą. O, nie szanowna gawiedzi, o , nie!
Pewna fundacja, która każdego niepełnosprawnego zapewnia, że „nie jesteś sam”, kiedy zwróciłem się do niej o pomoc przy zgromadzeniu środków na zakup protezy, poprosiła o komplet niezbędnych dokumentów. Wysłałem je więc z papierami „operacyjnymi” ze szpitala na czele. Fundacji profesjonalny raport o amputacji nogi nie zadowolił. Zażądała, by pan Kołodziejski dostarczył zaświadczenie od lekarza pierwszego kontaktu, że wyżej wzmiankowanej nogi nie posiada. Co było robić. Pan K. udał się do przesympatycznego Pana Doktora i rumieniąc się ze wstydu wyłuszczył mu swój problem. Lekarza, który większość życia spędził w PRL-u i z niejednym absurdem miał do czynienia, prośba ta wcale nie zdziwiła.
Z głębokim westchnieniem wypełnił urzędowy druczek, mamrocząc coś pod nosem o nieograniczoności miłosierdzia boskiego i głupoty ludzkiej. W ten oto dosyć skomplikowany i czasochłonny sposób udowodniłem, że jednak jaszczurką nie jestem. Nawiasem mówiąc, to zaświadczenie zdało się psu na budę, gdyż fundacja zapowiedziała, że, i owszem, dorzuci mi co nieco, jeśli przedstawię jej na piśmie zaświadczenie, że zgromadziłem już 80% wymaganej sumy. Spadam więc gromadzić środki, jak mówili w wojsku, „czołganiem przez pełzanie”, co jest przecież ulubionym sposobem poruszania się jaszczurki.
Andrzej Kołodziejski



