Weekend minął ospale. Przy takiej pogodzie można robić jedynie dwie rzeczy: albo spać, albo czytać książkę. Ja wybrałem tę drugą opcję. Literatura ubiegłorocznego noblisty Mario Vargas Llosa coraz bardziej mi się podoba. Facet ma naprawdę niesamowity zmysł obserwatorski, a także wspaniały warsztat literacki. Ponadto w jego powieściach zachodzi pewne zupełnie niesamowite zjawisko, które jako powieściopisarz z pierwszej ligi ma on niejako we krwi. W to, w co na logikę powinniśmy wierzyć jako czytelnicy nie wierzymy jednoznacznie, a to, co powinno być potraktowane z dystansem i brakiem wiary jest tak autentyczne, że nie sposób w to nie wierzyć. Jeśli ktoś nie bardzo rozumie, o co chodzi musi koniecznie przeczytać przynajmniej kilka z jego książek – powieści. Moja propozycja: „Pochwała macochy”, „Zeszyty Don Rigoberta”, „Gawędziarz”, „Ciotka Julia i skryba”, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”, „Miasto i psy” no i oczywiście opowiadania. Wspaniała lektura, chociaż momentami bardzo ciężka.
Choć wakacje rozpoczęte u nas w fundacji wszyscy pracują. Pomieszczenie, w którym pracuję ja prawie całkowicie zapełniło się dzisiaj parasolami i parasolkami. Dziś rano padał taki deszcz, że pomimo przeciwdeszczowej kurtki dobiłem na miejsce prawie całkowicie przemoczony. Parasolki wyglądają naprawdę fajnie. Bardziej jesiennie niż letnio, a jednak jest w tym obrazku duży urok. Nie wiem w ilu teledyskach widziałem podobny motyw, np. piosenkarka śpiewająca wśród rozłożonych parasoli. Wygląda to naprawdę filmowo-teledyskowo.
Podobno w środę ma być odrobinę pogodniej. Chociaż lubię taką pogodę, najtrudniej jest w taki deszcz obudzić się rano. Potem, przynajmniej dla mnie, jest super.
Nie wiem tak naprawdę na czym to polega, ale faktycznie w taką pogodę pracuje mi się najlepiej. Zupełnie nie brakuje mi słońca. Jesiennych (znaczy letnich) uścisków sto.



