Author Archive
Życie osoby niepełnosprawnej w Polsce usłane jest różami, z tym zastrzeżeniem, że róże sterczą kolcami, niczym palisada wioski ludożerców, a płatki służą jedynie do ubarwienia pełnego hipokryzji sielskiego obrazka.
Weźmy przykład pierwszy z brzegu, czyli mój. Kiedy 5 lat temu stałem się jednonogiem, nastąpiła biurokratyczna konieczność ustalenia stopnia mojej niepełnosprawności. W tym celu wysłałem dokumentację medyczną do odpowiednich instytucji. (Celowo nie wymieniam ich długich nazw, ograniczę się jedynie do oczywistego spostrzeżenia, że im dłuższa nazwa, tym większy stopień zbiurokratyzowania i niekompetencji – zapomniane prawo Parkinsona).
Dość powiedzieć, że w końcu przysłano mi orzeczenie o stopniu niepełnosprawności znacznym… warunkowo na dwa lata. Pamiętam, kiedy czytałem to pisemko opatrzone licznymi pieczęciami, przypomniała mi się reakcja niejakiego Stopy Lichodiejewa z „Mistrza i Małgorzaty’, który na widok kota wypijającego kieliszek wódki i zakąszającego grzybkiem, bez czucia osunął się na ziemię drapiąc bezwiednie futrynę. Ze mną nie było aż tak źle, niemniej usłyszałem za uszami diabelski chichocik: „Witamy w świecie absurdu”.
Postanowiłem walczyć z demonami biurokracji i wysłałem zjadliwe pisemko do medycznych urzędasów, pytając, czy uważają, że jestem jaszczurką, której odrasta utracony ogon? Zignorowano te kwestię, uznając widocznie, że jednak jaszczurem nie jestem i orzeczono „dożywocie”. Myślałem, że moje potyczki z biurokracją na tym się zakończą. O, nie szanowna gawiedzi, o , nie!
Pewna fundacja, która każdego niepełnosprawnego zapewnia, że „nie jesteś sam”, kiedy zwróciłem się do niej o pomoc przy zgromadzeniu środków na zakup protezy, poprosiła o komplet niezbędnych dokumentów. Wysłałem je więc z papierami „operacyjnymi” ze szpitala na czele. Fundacji profesjonalny raport o amputacji nogi nie zadowolił. Zażądała, by pan Kołodziejski dostarczył zaświadczenie od lekarza pierwszego kontaktu, że wyżej wzmiankowanej nogi nie posiada. Co było robić. Pan K. udał się do przesympatycznego Pana Doktora i rumieniąc się ze wstydu wyłuszczył mu swój problem. Lekarza, który większość życia spędził w PRL-u i z niejednym absurdem miał do czynienia, prośba ta wcale nie zdziwiła.
Z głębokim westchnieniem wypełnił urzędowy druczek, mamrocząc coś pod nosem o nieograniczoności miłosierdzia boskiego i głupoty ludzkiej. W ten oto dosyć skomplikowany i czasochłonny sposób udowodniłem, że jednak jaszczurką nie jestem. Nawiasem mówiąc, to zaświadczenie zdało się psu na budę, gdyż fundacja zapowiedziała, że, i owszem, dorzuci mi co nieco, jeśli przedstawię jej na piśmie zaświadczenie, że zgromadziłem już 80% wymaganej sumy. Spadam więc gromadzić środki, jak mówili w wojsku, „czołganiem przez pełzanie”, co jest przecież ulubionym sposobem poruszania się jaszczurki.
Andrzej Kołodziejski
Odgłosy tłuczonego szkła zza ściany oznajmiały, że kłótnia u Maliniaków wchodzi w końcową fazę. Wiedziałem, co za parę minut nastąpi. Podjechałem do lodówki i wyjąłem pojemnik z kruszonym lodem. Po parę kostek wrzuciłem do dwóch szklaneczek, garstkę owinąłem w kraciastą serwetę, w której Maliniakowi było tak do twarzy, a właściwie do oka. Rytuał zakończyłem nalewając do szklanek ognisty napój w kolorze herbaty. Po chwili ktoś zapukał, a właściwie nieśmiało zaskrobał. W uchylonych drzwiach pojawiła się opuchnięta, obita na fioletowo – brązowo twarz Maliniaka. Bez słowa pokazałem fotel i podsunąłem szklaneczkę. Sąsiad skwapliwie zaczął chłeptać whisky wznosząc dziękczynne oczy w moją stronę. – Pan to jest porządny gość- oznajmił krzywiąc się, gdy alkohol dotarł do pękniętej wargi.- My mężczyźni powinniśmy się wspierać – zadeklarował zezując na coraz bardziej widoczne dno szklanki. Dolałem bez słowa i potem obaj, jak pisał Jan Himilsbach, wprowadziliśmy nieco baśniowego elementu do szarej rzeczywistości.
Dziwna to była para, ci moi sąsiedzi, Maliniakowie. On – malutki, drobniutki, przy swojej potężnej małżonce na niedzielnym spacerze wyglądał jak karnak prowadzący słonia, niebezpiecznego słonia. Madamme Maliniak była bowiem kobietą nerwową, łatwo, z byle powodu wpadała w złość i z braku innego nienawistnego męskiego elementu, wyżywała się na nieszczęsnym Maliniaku. Była typowym, w naszym wyrównującym szanse społeczeństwie, przykładem męskiego boksera w damskim wydaniu. Ilekroć zerkałem (nigdy bowiem nie ośmieliłbym się spojrzeć jej prosto w oczy) na Elizę M. przypominała mi się historyjka popularna w kręgach myśliwych. Tajga, las, śnieg i mróz. No i niedźwiedź, który goni dwóch facetów ze strzelbami. Nieszczęsne „ochotniki” biegną ostatkiem sił, w końcu dopadają chatki na skraju lasu. Po chwili do kompletu dołącza niedźwiedź. Chatka cała podskakuje, dach się trzęsie, jak pokrywka na imbryku, z wnętrza dobiegają straszliwe ryki niedźwiedzia i błagania nieszczęsnych myśliwych. W końcu drzwi chatki otwierają się i na próg wychodzi jeden z polujących. Z trudem łapie powietrze, osuwa się na śnieg i zastyga w bezruchu. Po chwili w drzwiach pojawia się następny amator niedźwiedziego mięsa. Człapie parę metrów po śniegu, po czym pada bez czucia. Ostatni w drzwiach chatki pokazuje się niedźwiedź. Ledwo idzie, ledwo pełza, na skraju lasu osuwa się z głuchym pomrukiem na ziemię…I wtedy drzwi chatynki odskakują od gwałtownego kopnięcia, a na ganku pojawia się o n a, wypisz-wymaluj Eliza Maliniakowa, tylko w rosyjskiej wersji – najbardziej wyrośnięta matrioszka, jaką można sobie wyobrazić. Rumiane kolorki na buźce czy to od mrozu, czy to od bimberku, kwiecista chusteczka, opięta kufajka… Przysłania oczy ręką, rozgląda się po okolicy uważnie. Na padnięte zezwłoki myśliwych nie zwraca uwagi, w końcu dostrzega niedźwiedzie truchło pod lasem. Przykłada palce do ust, słychać świdrujący gwizd. – Ej ty w futrze, chodź no tu jeszcze raz!
Mimo dramatycznych małżeńskich przeżyć, sąsiad Maliniak Stefan, zachowywał zadziwiającą pogodę ducha. Kiedy przycupnięte niczym stadko czarnych gawronów na ławeczce pod sklepem sąsiadki wzdychały na widok Maliniaka prowadzonego przez małżonkę na niedzielny spacer: -Pan to musi kochać swoją żonę, on odpowiadał z pełnym przekonaniem: – Oj, muszę, MUSZĘ! A całą przyczynę małżeńskich niesnasek upatrywał w zbyt dużej różnicy płci między nim a Elizą M., dodając w gronie zaufanych przyjaciół, że jeżeli to prawda, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, to jego wyjątkowa połowica jest z zupełnie innej galaktyki.
Jaki wynika morał z tej historyjki: ano taki, że prawdziwa miłość polega na tym, że kocha się POMIMO, a nie DLACZEGO…
Andrzej Kołodziejski – w kółko zakręcony (wózkowicz)
Życie towarzyskie i uczuciowe, cz.2
Grzmot ostatniej tego roku, jesiennej burzy zagłuszył dźwięk dzwonka do drzwi. Dopiero po dłuższej chwili sprawdziłem, kto się do mnie dobija. We fleszach błyskawic zobaczyłem żałosną postać: ociekający wodą, w wymiętoszonym ubraniu, ściskający pod pachą przemoknięte zawiniątko, stał stary znajomy, człowiek legenda, bohater wielu anegdot i barwnych opowieści, jak to się kiedyś mówiło, „król życia”. Trafnie oceniłem sytuację: – Wyrzuciła… – bardziej stwierdziłem, niż zapytałem. – Ano wyrzuciła – odparł ponuro. – Jak psa… Kazała mi spakować osobiste rzeczy, jak się wyraziła, w torebkę po cukrze i WON!!! Pokazała drzwi…Zaprosiłem życiowego rozbitka do środka, napoiłem gorącą herbatą i wysłuchałem opowieści o smutnym końcu Casanovy znad Wisły. Nie będę oceniał, kto miał w tym konflikcie rację. Z jednej strony nie chcę być postrzegany przez drogie Czytelniczki, jako „szowinistyczny męski świń”, który bezkrytycznie broni swego pobratymca, z drugiej, płciowa solidarność nakazuje mi milczenie na temat znajomego, który, obiektywnie rzecz biorąc, daleki jest od ideału.
Ale porzucając ten szczególny wypadek, czasy mamy takie, że, daragije gaspada, weszliśmy w erę pełzającego matriarchatu. Nie chodzi tu wcale o jakieś tam parytety ani o to, że diabeł, gdzie tylko może, to babę pośle. Jeśli kobiety, chcą rywalizować z nami, ba, nawet nas pokonywać w dobrym, to o.k.. Ale one zaczęły nas gonić w złym, nagannym i godnym potepienia. Trwożliwie przeczytałem artykuł w jednym z ostatnich Newsweeków, że prawie 30. tysięcy mężczyzn w Polsce ma założoną policyjną niebieską kartę, czyli jest ofiarami psychicznej i fizycznej przemocy stosowanej przez rodzime Horpyny, jednym słowem dostaje w taki lub inny sposób regularny łomot od swoich wybranek. Ale, ale szanowne Panie, proszę się nie denerwować i nie zaciskać rączek w pięści. Przyznaję, że dzisiejsi mężczyźni w wielu wypadkach sami sobie są winni i z facetów stają się w wielu wypadkach przedstawicielami niekreślonej płci, pełnej niezdecydowania i bezikrowości. – Chłopy są teraz takie słabe, ze szmatą dobijesz – mawiała pewna moja znajoma, z którą zerwałem kontakty, odkąd zaczęła trenować kulturystykę.
Współczesny zabiegany, przebierający odnóżami w pogoni za sukcesem, niczym zziajany chomik w bębnie, mężczyzna pełen jest nerwic i kompleksów. W tej sytuacji w życiu intymnym o spektakularną porażkę nie trudno. W głębi duszy paw rozpościera swój dumny ogon – gdy tymczasem na zewnątrz – szkoda gadać: nędzne piórko oklapnięte na wietrze. No i co w takiej sytuacji robić, gdy, jak pisał poeta: „umówiłem się z nią nadaremnie, dupa była – ale ze mnie”? Po pierwsze nie wpadać w panikę. Nieodżałowanej pamięci mistrz olimpijski Władysław Komar mawiał w przypływach szczerości, że nie ma takiej sytuacji, z której mężczyzna nie mógłby się jakoś wylizać. Może to i prawda, ale z drugiej strony to trochę tak, jakby zaprosić wybrankę do opery i kazać jej w kółko słuchać uwertury, chociażby najzgrabniej granej. W końcu może się znudzić. Ale porzućmy życie operowe i przejdźmy do prozy dnia codziennego.
W sytuacjach kryzysowych należy zachować spokój i godność. Jakiekolwiek skomlące tłumaczenia, typu: „niemniej w pracy mnie chwalą”, nie mają kompletnie żadnego sensu i robią z nas coraz bardziej żałosnego idiotę. Lepiej zachować wyniosłe milczenie, ewentualnie podeprzeć się jakimś autorytetem,np. wielki Immanuel Kant, znany prywatnie ze swojej aseksualności, mawiał z pogardą, że miłosne igraszki, „to ruchy niegodne niemieckiego filozofa”. I tak od słowa do słowa możemy wciągnąć naszą partnerkę w dysputę na temat transcendentnych zagadek bytu…Oczywiście, jeśli mamy szczęście, to może zdarzyć się okoliczność, która, choć w części, zdejmie z nas poczucie winy. I tu znów posłużę się poetyckim cytatem: „ona nago i ja nago…- a tu lumbago!” A na lumbago na razie, jak wiadomo, nie wymyślono jeszcze skutecznego lekarstwa. Przy odrobinie szczęścia możemy więc w partnerce poruszyć oceany współczucia i poddać się jej pielęgnacyjnym zabiegom, sami w głębi duszy ufając, iż jak mawia staropolskie przysłowie, „jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści…”
Andrzej Kołodziejski
Życie towarzyskie i uczuciowe, cz. 1
W ostatnim odcinku pisałem o zapominaniu tzw. języka w gębie i ciętych ripostach, które przychodzą nam na myśl stanowczo za późno. Czasami jednak lepiej nie odzywać się wcale, niż powiedzieć coś tak absurdalnie głupiego, że siedzisz potem człowieku i sam się zastanawiasz, co tak naprawdę miałeś na myśli. No chyba, ze okoliczności sprawiły, że zbaraniałeś doszczętnie. Przydarzyło się to pewnemu młodemu człowiekowi, który z niecierpliwością czekał aż rodzice jego narzeczonej wyjadą wreszcie na urlop. Powiedzmy sobie szczerze, chłopak nie cieszył się sympatią niedoszłych teściów, a szczególnie tatuś dziewczyny reagował na niego alergicznie. Młodzi nie mieli, więc specjalnie okazji pobycia ze sobą sam na sam. Kiedy więc tylko samochód zgredzików zniknął na zakręcie, młody człowiek wydzwaniał już do drzwi dziewczyny przestępując niecierpliwie na wycieraczce z nogi na nogę. Udanie się do sypialni, wydawało się im stratą czasu, więc przystąpili do dzieła, romantycznie, w przedpokoju, pod paltami… I kochaliby się tak długo i uporczywie, gdyby nie przeszkodził im w tych czynnościach zgrzyt klucza we drzwiach. Tatuś wrócił po ciepły szal mamusi. Dziewczyna schroniła się w łazience, udając, że się kąpie, a chłopak – kompletnie nieubrany – tradycyjnie w szafie. Nie był to najlepszy pomysł, gdyż senior energicznym krokiem podszedł do tego mebla właśnie i otworzył drzwi…Obaj panowie zareagowali na siebie „odwrotnie proporcjonalnie”: im tatuś bardziej czerwieniał – tym młodzieniec bardziej bladł. W końcu ten ostatni, gdy przybrał barwę zsiadłego mleka, wykrztusił: – Przepraszam bardzo, czy zastałem Beatę? Ojca przed apopleksją uratowała szybka interwencja pogotowia, która udzieliła też pomocy zemdlonemu nagusowi.
No dobrze, powie ktoś, młodość ma swoje prawa, musi się wyszumieć, a nawet palnąć od czasu do czasu jakąś głupotę, ale co zrobić, gdy w sytuacji dwuznacznej znajdzie się człowiek stateczny, zrównoważony, z którym kpiarz-los zakuglował sobie okrutnie. Taka historia przydarzyła się doktorowi habilitowanemu, wykładowcy pewnej wyższej uczelni. Naukowiec ów cieszył się nieposzlakowaną opinią: dom – uczelnia – biblioteka –dom. Od czasu do czasu jakaś konferencja naukowa. Kiedy więc żona wybrała się z dziećmi na wczasy, nasz bohater zacierał w duchu ręce: „oni wreszcie pojadą, a ja do biblioteki – poczytać, poczytać…” Pech jednak chciał, że pewnego dnia spotkał kolegę ze studiów, który porzucił robienie doktoratu na rzecz własnej, nieźle prosperującej firmy. Kapitalista zaprosił pracownika naukowego na obiad. Po kilku godzinach wspominek okazało się, że doktor hab. odzwyczaił się na tyle od alkoholu, iż kontakt z nim stał się nadzwyczaj utrudniony. Wezwano, więc taksówkę, która odwiozła naukowca do domu. Kiedy następnego dnia z trudem odkleił powieki lewego oka, wydawało mu się, że potworna błyskawica rozwala mu głowę na kawałki. Usiłował sobie coś przypomnieć, ale przypomniał sobie tylko jedno, że gdy wysiadł z taksówki i wężykiem przemierzał trawnik przed swym domem, zadziwił go widok olbrzymich spodni – rybaczek wypiętych w jego stronę z napisem: MPRO – Miejskie Przedsiębiorstwo Robót Ogrodniczych. Nie tyle same spodnie go zdumiały, ale rozmiary ich zawartości. Czegoś tak dużego ani jako człowiek nauki, ani jako mężczyzna do tej pory nie widział. Obok spodni stała ciężka, spalinowa kosiarka do trawy. Nic więcej nie pamięta, gdyż wtedy, jak mówią Rosjanie, pożegnał się z rozumem: „ praszczaj um, wstrietimsia utro”. Kiedy wyswobodził z niewoli powiek drugie oko, stwierdził, że leży w swoim łóżku przykryty kołdrą. Nagle przykrycie u jego boku gwałtownie się poruszyło i wychynęła, jak mu się w pierwszej chwili wydawało, głowa żółwia: brązowa, pomarszczona i bezzębna, przyozdobiona bandanką. Głowa przymilnie wysepleniła: – Kocurku, zrobisz mi kawusi? W tym momencie, jak pisał klasyk, coś w głowie naukowca eksplodowało z taką siłą, że jęknął i zamknął oczy. Kiedy ponownie je otworzył, zobaczył, że na środku pokoju, w półmroku coś mętnie połyskuje… Wielka, spalinowa kosiarka do trawy.
Od tej pory doktor hab. stał się wrogiem alkoholu, ba studenci, których przyłapał na piwie, mają u niego przechlapane, i zdają egzaminy po parę razy. Sam doktor hab. stara się nie pamiętać o najczarniejszym koszmarze swego życia, dlatego z wielką podejrzliwością odpowiada na poranne pozdrowienia dozorcy. Stary wiarus podnosi rękę do czapki niby salutując, ale jego dwa palce prawie niewidocznie się poruszają – jakby strzygł, albo co…
Andrzej Kołodziejski
Refleks szachisty
Podobno pośpiech potrzebny jest jedynie przy łapaniu pcheł. Ale często niezbędny jest w codziennym „życiu towarzyskim i uczuciowym”.Nie ma nic bardziej bezsensownego, niż celna riposta, która przychodzi dopiero na schodach, kiedy opuściłeś już zgromadzenie, gdzie gad jakiś zaszyderował sobie z ciebie bezkarnie albo „zbił z pantałyku”. A ty, jak jakaś ciuciulupa, zaskoczony zupełnie,zapomniałeś języka w gębie. I co z tego, że teraz w windzie przyszło nagłe olśnienie, jakiś bon mocik, kiedy już jest za późno, gdy każda twoja reakcja to musztarda po obiedzie albo umarłemu kadzidło. Przecież nie wrócisz, nie otworzysz z impetem drzwi i nie wrzaśniesz: – A pan to mnie możesz w kądziołek przędny pocałować! Lepiej od razu trzeba mu było nałożyć po pysku.
Zawsze zazdrościłem ludziom szybkiego refleksu. Mira Zimińska, kiedy odpoczywała w jednym z przedwojennych kurortów, bezustannie nagabywana była, a to przez łowców autografów, a to przez innych natrętów. W końcu, gdy paru opasłych wczasowiczów siedzących na ławce zaproponowało: – Pani Zimińska, pani powie coś dowcipnego, dama polskiego filmu i, – jak byśmy to dziś powiedzieli – celebrytka, złożyła swoje karminowe usteczka w uroczy dzióbek: – DUPA! Ławeczką zatrzęsło…
Równie szybkim refleksem wykazał się pewien mój znajomy. Zaczytany w porannej prasie bezwiednie przekroczył obszar parkingu należącego do żoliborskiej straży pożarnej. Pogrążony w lekturze, nie zwrócił uwago na tabliczkę: Wstęp surowo wzbroniony! Ocknął go dopiero głos wychylonego z okna z okna strażaka: – Te, czytać nie umiesz?! – Umiem, przeczytać coś panu?
Ze mną było znacznie gorzej. Pamiętam, przed laty wracałem z delegacji do domu. Moja droga przebiegła niedaleko hotelu Polonia w Alejach Jerozolimskich. Było to dawno, hotel obudowany był rusztowaniami z powodu niekończącego się remontu. Nagle z ciemności bramy wychynęła okutana w chusty pękata postać i wysepleniła bezzębnymi ustami: – No co, wróbelku, pójdziemy razem pofruwać? Tym się różniłem wtedy od żony Lota, że ona nie przebierała tak jak ja szybko nogami. Kiedy omijałem łukiem prababcię Koryntu, usłyszałem pod swoim adresem; – Oj, nadęty coś dzisiaj wróbelek…
Życie lubi więc zaskakiwać nas różnymi, trudnymi do przewidzenia sytuacjami. I żadne przygotowania tu nie pomogą: – On mi tak, a ja mu wtedy tak… Niestety, przekonał się o tym pan Smith mieszkaniec pewnego spokojnego angielskiego miasteczka. Pan Smith obudził się tego ranka w doskonałym humorze. Pogoda była wyśmienita, nie padało, zaledwie mizerna mżawka – wprost idealne warunki do przycięcia żywopłotu. Był co prawda jeden szkopuł – w jego sekatorze pękła sprężyna. – Pójdę do państwa Brown, oni na pewno nie odmówią mi pomocy, od czego ma sie ostatecznie serdecznych przyjaciół, z którymi co piątek wychyla się filiżankę herbaty. Państwo Brown mieszkali po drugiej stronie miasteczka, więc pan Smith przeskakując kałuże oddał się miłym rozmyślaniom. ” Zadzwonię do drzwi, otworzy mi pan Brown. – Jak się masz, zapytam. – dziękuję, odpowie Brown. – A ty, OK? Co cię do mnie sprowadza? – OK, czy nie mógłbyś mi pożyczyć sekator, gdyż w moim pękła sprężyna? Ależ oczywiście, proszę wejdź…Przy następnej kałuży pan Smith nieco się zasępił: – A co będzie, jeśli drzwi otworzy mi pani Brown? E, to nic takiego. – Męża co prawda nie ma w domu, ale oczywiście pożyczę sekator – pan Smith ponownie się rozpromienił. Nowy problem pojawł się przy przecznicy: – No tak, rozmyślał z niepokojem, dzwonię, a tu w progu ukazuje się ich córka, Suzanne. Nie, to nic takiego, to miła sympatyczna dziewczyna, na pewno mi pomoże – pan Smith był coraz lepszej myśli. Nie na długo… W porządku, a, powiedzmy naciskam dzwoneki i … nic. Słychać jedynie ujadanie ich setera – Snoopiego. Kiedy wreszcie ze ściśniętym gardłem pan Smith zadzwonił do drzwi przyjaciół, jego oczom ukazała się cała rodzina: pan Brown, pani Brown, Suzanne – wszyscy correct uśmiechnięci i nawet Snoopi poprawnie machał ogonem. Pan Smith przez chwilę bezgłośnie łapał powietrze i wyryczał: – A w dupie mam wasz sekator!!!
Tak, nie każdemu jest dany refleks i nie wszystko da się przewidzieć. O tym, jak nie dać się zaskoczyć w życiu uczuciowym ( zwłaszcza ) – w następnym odcinku.
Andrzej Kołodziejski
Aneks do „…balu w kurniku”, czyli ptaszek kukuryku i inne chłopaki
Zacznę, wzorem mojego ulubionego serialu „Allo, allo”, od przypomnienia tego, co wydarzyło się w poprzednim odcinku…
Jak wiecie, wystąpiłem (razem z innymi – ale o nich potem) w sesji zdjęciowej, w której grałem w golfa stojąc na jednej nodze. Tydzień po sesji, zaprezentowano nam zdjęcia. Nie muszę pisać, że jeśli chodzi o męską obsadę, wypadłem najlepiej. A mimo to nie jestem z tych fotek zadowolony. Kiedy je oglądałem, przypomniał mi się stary, jeszcze z czasów PRL-u toast-dowcip: otóż Dżingis Chan będąc już stetryczałym staruchem, postanowił uwiecznić swoją postać. Wezwano więc malarza, który namalował go takim, jakim w tym momencie był – pomarszczonym jak gąbka, podagrycznym piernikiem, któremu się wszystko kompletnie mieszało: czy ma dosiąść rączego rumaka, czy posiąść dziewicę-brankę. Nie muszę pisać, że malarz dokumentalista skończył jak Azja Tuhajbejowicz – na palu, a właściwie jeszcze gorzej, gdyż dziadzio Dżinguś, jeśli chodzi o sadystyczną wyobraźnię, przerastał wszelkich markizów de Sade i Lexterów. Wezwano więc drugiego artystę, który pomny losu poprzednika, uwiecznił wodza jako pięknego młodzieńca na narowistym ogierze. W tle tłumy odalisek bijących pokłony i układających społeczne listy, byleby tylko dostać się do jego haremu. Malarz nie tylko ocalił życie, ale został obsypany złotem, obdarowany kobietami, końmi i dobrem rozmaitem. A na koniec tej historyjki wznosiło się toast: wypijmy za pamięć tego właśnie malarza, prekursora realizmu socjalistycznego.
No więc przypomniałem sobie tę opowiastkę, gdy przeglądałem swoje zdjęcia. Szczęście mają fotograficy-magicy, że nie żyją w czasach, w których ja byłbym Dżingis Chanem. Pasy bym z nich drzeć kazał!
Dlaczego na zdjęciach nie wypadłem jak Sylwia, Kasia, czy Agnieszka (też mógłbym zdjąć koszulkę!). Odpowiedź jest brutalnie prosta: a ile to czasu przed sesją nasza kosmetolożka poświęciła Kasi, Agnieszce, o sobie zresztą nie zapominając? MNÓÓÓSSSTWO!!! A ja? Jakieś pacnięcie płatkiem z pudrem, niewidoczna, „subtelna” (chłe, chłe, chłe) kreseczka nad okiem i wynocha na plan! I efekty są takie, jakie widać. Nieżyczliwy mi znajomy, a tylko takich posiadam, oglądając fotki powiedział, że przypominam tandetny posążek Buddy, który spiędrolił się z kominka i obtłukł sobie nogę. No, dobra, sam tego chciałeś, kochany. Następny felieton będzie o tobie – co tak naprawdę robią słomiani wdowcy, kiedy ich żony wyjadą z dziećmi na wakacje…
Swoją drogą jest w tych moich zdjęciach jakiś niesamowity dramatyzm człowieka, który, mimo mrożących krew w żyłach zmagań z kijem, piłeczką i namolnymi gapiami ( sami się napraszali, żeby im w bańkę puknąć), upada, powstaje, upada i znowu się podnosi…Boże, jakie to wzruszające!
Jedno zbliżenie mojej twarzy wbitej w murawę, szczególnie łapie za serce. Ilekroć na nie spojrzę, przypomina mi się opowieść o zającu, który założył się z niedźwiedziem, że skoczy z najwyższej w lesie sosny. Wdrapał się szarak na czubek, skoczył. Ziemia się zatrzęsła…Kiedy kurz i mech opadły, zbliżył się niedźwiedź do zajęczego truchła, patrzy: oczy bujają się na sprężynkach, zgryźliwy uśmiech w szczerbinkę, zęby rozsypane na polanie…Nachylił się poczciwiec nad przyjacielem: – zając, ty się, kuźwa, nie śmiej, tyś się musiał mocno piętrolnąć!
Jak już wspomniałem, spośród męskiej obsady, to ja, mówiąc najskromniej, wypadłem najlepiej. Mimo iż konkurenci dokonywali cudów, by zwrócić na siebie uwagę. Najbardziej ogranym numerem było rozpuszczanie spiętych włosów lub wręcz przymierzanie długich peruk. Do tej pory nie mogę pojąć, o co im chodziło. Że niby nie tylko włosy mają okazałe?… Tragedia!
W każdym razie jeden z nich, jak zobaczył swoje portrety, to od razu się spakował i wyjechał z miasta. Podobno jest gdzieś nad Bugiem, gdzie przegryza gorycz porażki. Miejscowa ludność widziała go, gdy leżał na plaży niczym samotny, biały Moby Dick w otulinie pięknego podlaskiego krajobrazu.
Ale na jeszcze jedno zwróciłem uwagę przeglądając reportażowe zdjęcia z sesji, na jeden stały ich element.
Pamiętacie może klasyczną kreskówkę Disneya o Kaczorze Donaldzie, który wybrał się do puszczy z aparatem fotograficznym? Ilekroć Donald celował obiektywem w kolorowe papugi lub pancernika, tylekroć pojawiał się rozczochrany ptaszek, który przesłaniał fotografowane obiekty. Nie dość tego – wydawał z siebie jakiś taki zaśpiew: „kukuruku”, a potem jeszcze ze dwa razy gdakał. Dostrzegłem pewną analogię między tą kreskówką, a zdjęciami naszych koleżanek. Ilekroć pojawiały się piękne panie, tylekroć, niczym ptaszek kukuruku, zjawiał się męski osobnik (jego imienia dla bezpieczeństwa własnych tekstów nie wymienię), który wpatrywał się w przedstawicielki płci odmiennej intensywnie. Od czasu do czasu przecierał zaparowane okulary. Mówił niewiele. Na uwagi, żeby nie plątał się na planie, powarkiwał z cicha, nieprzyjaźnie…
I na koniec, wracając do meritum całej tej sesji, czyli moich zdjęć. Żądam ( i w tej chwili wcale nie żartuję, moi drodzy foto-artyści ) takich samych pięknych zdjęć, jakie robiliście Agnieszce, Sylwii i Kasi. Macie od tego przecież te swoje Fotoshopy i inne magiczne sztuczki. Jestem obywatelem tego samego kraju, co wymienione wyżej, i chcę być tak samo atrakcyjny jak one.
Zwłaszcza, że wszyscy mamy równe żołądki, a niektórzy nawet jeszcze większe!
Andrzej Kołodziejski
Lis na balu w kurniku
Kiedy tylko dowiedziałem się, że grupa FOTON ogłosiła projekt sesji zdjęciowej wśród osób związanych z naszą Fundacją, od razu zgłosiłem swoją gotowość. Wyznaczonego dnia, jak to mówią w wojsku, „trzeźwy i ogolony”, w wyszczuplającej czarnej koszulce, dzięki, której nie wyglądałem na te swoje 110 kg, a jedynie na 99 koma 9, w czarnych okularach typu „łezka”, sprawiających, iż, z faceta „po przejściach”, przypominałem muchę-plujkę cudem wyrwaną z ramion pająka, pędziłem, co wózek wyskoczy, do Miedzeszyna. Wiatr (umiarkowanie) szumiał mi we włosach, testosteron gwałtownymi falami uderzył do głowy, że o reszcie ciała nie wspomnę. Powodem mojej euforii była świadomość, że na casting zgłosiły się piękne, pełne seksapilu kobiety, na widok których, nawet zmurszałej egipskich mumii, puściłyby bandaże.
Pierwsze, bolesne zetknięcie z rzeczywistością pacnęło mnie przy bramie. Wrota otworzyła mi dwumetrowa blondyna, w której nie zakochałbym się od pierwszego wejrzenia, zwłaszcza, że „baba” była z brodą. Przy bliższym oglądzie okazało się, że jest to nasz Tomek w peruce a la Marylin Monroe. Też dowiedział się o zdjęciach. Później było jeszcze gorzej. Po patio krążyli w nerwowym, radosnym oczekiwaniu następni dwaj męscy osobnicy: Marek G. i Maciek z dyndającym u szyi aparatem fotograficznym. Straszne, nie byłem jedynym samcem… Ja, który przed chwilą czułem się, jak lis zaproszony na bal do kurnika, poczułem, iż los kugla sobie ze mną okrutnie. „Chcieliśmy najlepiej-wyszło jak zwykle”, że zacytuję b. premiera coraz mniej zaprzyjaźnionego z nami kraju. Marzenia rozsypały się w drobiazgi, a w mojej duszy zapanowała chęć, mówiąc językiem snajperskim, natychmiastowego wyeliminowania z gry konkurencyjnych „pierwiastków męskich”. Ziejąca siarką czarna strona charakteru podsuwała grzeszne myśli o dosypaniu rywalom czegoś, co doskonale „przeczyszcza organizm nie przerywając snu” (ale sesję zdjęciową na pewno by przerwało…), z kolei, będąca w opozycyjnej mniejszości, lepsza część mego „JA”, zwracała nieśmiało uwagę, że wzięci na celownik osobnicy, to fajne chłopaki, chociaż nie są Ryśkami. Rozjemcą stał się rzadko bywający u mnie gość, tzw. Zdrowy Rozsądek: – Popatrz na to pragmatycznie – szeptał przekonująco – chociażby taki Tomek. Chłopisko prawie dwumetrowe, tę seteczkę na sobie dźwiga, a rączki, rączki widziałeś, chciałbyś go, nie daj Boże, rozzłościć? Poza tym, to twój mokotowski ziomal, pragniesz przenieść się do innej dzielnicy? A Maciek? Niby chodząca łagodność, uprzejmość i kultura, tylko, że jeśli Tomek posturą przypomina grizzly, to Maciek, baribala. A baribal, przypominam, to ciemno umaszczony niedźwiedź, nieco mniejszy od grizzly(zwróć uwagę na wyrażenia: „nieco mniejszy”, ale jednak „niedźwiedź”…) W okresie godowym, a sądząc po licznej obecności pięknych pań, ten czas właśnie nadszedł – Maciek może stać się chodzącą bombą zegarową z pulsującym zapłonem. I wreszcie Marek G.. Elektroniczny MAG, to przez jego komputer przechodzą twoje wypociny. To on właśnie może sprawić, że albo tekst wyleci w kosmos, albo jego sens będzie zupełnie zmieniony – jak w ruskim alfabecie: piszesz „mama” – czytasz „tata”…Jednym słowem, zadrzeć z nim byłoby równie sensowne, co dłubanie mokrym widelcem w kontakcie.
Uległem sile racjonalnych argumentów i postanowiłem poddać się biegowi wypadków. A zaczęły się one dla mnie w sposób kaskaderski. Nasz fotograficzny maestro – Jerzy, wraz ze swoją uroczą koleżanką Marzeną, postanowili uwiecznić mnie grającego w golfa. W golfa grywam rzadko, prawdę mówiąc – wcale. Był więc to mój debiut, o tyle oryginalny, że wykonany na jednej nodze. Zaczęło się dramatycznie – od próby (naprawdę nieumyślnej!!!) uśmiercenia podtrzymującego mnie w pionie Tomka (Boże, to naprawdę dzielny facet, a jaki odporny na ból!}. Po tej pierwszej niepomyślnej próbie trafiania kijem w piłeczkę, natomiast całkiem udanej przyłożenia Tomkowi w głowę, Jerzy wziął mnie na stronę i wyjaśnił, że ilość uczestniczących w sesji osób jest ograniczona, więc nie wyobraża sobie, bym swoimi działaniami jeszcze bardziej ją uszczuplał, zwłaszcza, że kij golfowy to nie longinusowy zerwikaptur. Wziąłem sobie te uwagi do serca i zacząłem polować na piłeczkę. Efekt moich działań był imponujący. Myślę, że do tej pory Prezes się zastanawia, kto mu wpuścił na trawnik stado żądnych pędraków i larw dzików, a to, nie chwaląc się, ja sprawiłem, jednym niepozornym kijaszkiem golfowym. W końcu udało mi się wcelować w piłeczkę, która, niczym karabinowa kula przemknęła koło ucha obserwującego z tarasu moje wyczyny Marka i huknęła w płot. Zauważyłem, że mimo makijażu, twarz Marka pobladła, a usta, jakoś same złożyły się do dziękczynnej modlitwy…
A propos makijażu – wszyscy uczestniczący w sesji fotograficznej faceci poddali się z wielką ochotą zabiegom naszej wizażystki, po których mielibyśmy gwarantowane rwanie na paradzie równości. Kiedy Sylwia pochyliła się nade mną i musnęła twarz leciutkim jak skrzydełka motyla pędzelkiem, poczułem, że „życie jest piękne, życie ma swój wdzięk”. Jednak Sylwia szybko sprowadziła mnie na ziemię. Zapytała, jakiego kremu używam na co dzień. Jak bohater znanego skeczu, szybko przeleciałem w myślach listę używanych kremów i odpowiedziałem, że żadnego. Niezrażona, zabrała się za pobrużdżony ugór zwany dalej moją twarzą i sprawiła, że postanowiłem nie myć się tak długo, jak się da. Podobnym zabiegom zostali poddani moi rywale, którzy byli obfotografowywani potem w różnych pozach, miedzy innymi z gitarą i w perukach. Mimo moich gorących nalegań, Maciek nie dał się przekonać, ze bardzo efektownie wypadłyby zdjęcia, gdy roztrzaskuje swoją ukochaną, niebieską gitarę. No cóż, jeszcze nie wszyscy uważają, że sztuka wymaga poświęceń…Ale prawdziwy wstrząs miał dopiero nadejść. Kompletnie niezrozumiałą decyzją naszego fotograficznego Mistrza – w sesji zdjęć Marka G. wzięła udział Kasia. I to jak – siadając mu na kolanach i jeszcze go całując! To ja ryłem glebę popluwając dżdżownicami, a Marek – szczęściarz pławił się w tym, o czym można było tylko pomarzyć. Nie masz, o nie masz sprawiedliwości na tym świecie! Reszta męskiej populacji patrzyła na te sceny zawistnie, z niekłamaną satysfakcją odnotowując, że Marek, po pocałunku Kasi, nie przemienił się w królewicza.
A potem, a potem nastąpiło to, o czym do tej pory myśleć nie mogę spokojnie – sesje fotograficzne pań: Sylwii, Agnieszki, Kasi.. Te boa, pióra, dekolty, czarne ażurowe pończochy, prześwitująca jak poranna mgła bielizna, w której coś się z daleka majaczy albo tylko mnie staremu, ślepowronowi się piędroli…Do tej pory jestem na podwójnych lekach, a ciśnienie jak podskoczyło, tak nie opada…Zwłaszcza jedna scena zrobiła na mnie piorunujące wrażenie – Kasia w niebieskiej koszulce na sofie, pochylony nad nią z olbrzymim aparatem Maestro J. i krążący niespokojnie wokół Maciek ze swoim nie nadzwyczaj dużym obiektywem, usiłujący coś uszczknąć z fotograficznej lwiej uczty…
Kiedy w świetle księżyca wracałem wreszcie do domu, pełen po wrębki wrażeń, chichotałem sobie z cicha do własnych myśli – a jednak udało mi się przechytrzyć moich rywali, zdobyłem coś więcej, niż oni, coś konkretnego, materialnego, a nie tylko miłe ,swoją drogą wspomnienia. Kiedy więc moi sesyjni koledzy będą zasypiali z rączkami grzecznie ułożonymi na kołderkach, śniąc o tym, co ich dzisiaj spotkało, a co można sprowadzić do ludowego powiedzenia; „trafiło się ślepej kurze ziarno”, ja przystąpię do realizowania sekretu, który mnie, tylko mnie zdradziła Sylwia – przepisu na ciasto bananowe, kulinarną atrakcję tego niezwykłego dnia – ” weź paczkę „katarzynek”, kostkę masła, 8. bananów”…O, nie moi kochani zawistnicy, więcej przepisu Wam nie zdradzę, niech pozostanie moją słodką tajemnicą…
Andrzej Kołodziejski
Koszmar z ulicy Agrestowej
Lubię okolice naszej fundacji (sponsorom, ofiarodawcom pokornie przypominamy: Warszawa-Miedzeszyn, ul. Żwanowiecka 49). Okolica to cicha: domki- sosny- piaski-laski, gdzieniegdzie trafi się zabytek w stylu „świdermajer” więc na tych spokojnych uliczkach można na wózku zdrowo poszaleć. Ostatnio wracam ci ja do Warszawy, rozpędzam się w przesmyku między posesjami, biorę ostry zakręt na ulicy Zagiętej, z piskiem opon wpadam w Agrestową i tam stop! Cała komenda „martwych policjantów” leży pokotem, trzeba przyhamować. Kiedy zbliżałem się do ostatniego garbu, zobaczyłem znak informujący o utrudnieniach i owiniętego wokół niego, niczym wąż Eskulapa, osobnika. Już pierwszy rzut oka wystarczył, by rozpoznać w nim typowego filomatę alkoholowej wilgoci. Wzrok przekrwiony, garderoba w nieładzie, trzydniowy zarost i splecione wokół znaku drogowego ręce w rozpaczliwym geście ostatniego rozbitka z tratwy Meduzy. Na mój widok wyraźnie się ożywił, łypnął współczująco i wychrypiał: – Pan to masz przeje …przebajone. Niby, że ja mam gorzej, a on lepiej…No, cóż nie chciałem z nim polemizować, zwłaszcza, że wszystko wskazywało, iż to dla niego nadchodzą ciężkie chwile. Przyczajony, zwinięty w jego żołądku, niczym w ciepłym gniazdku, drapieżny ptak zwany pawiem, zaczął rozprostowywać nóżki, z lekka trzepotać skrzydełkami, a jego kolorowy ogon misiał nieszczęśnika po podniebieniu. Odjechałem pospiesznie, a po odgłosach dochodzących zza pleców wywnioskowałem, że dramatyczna walka człowieka z pawiem została rozstrzygnięta. Kolorowy ptak wydostał się na wolność…
Z moich przeszło czteroletnich obserwacji podróżowania na wózku, wynika, że osoby z widoczną niepełnosprawnością spotykają się czasami ze zjawiskiem, które bibliści nazywają „fałszywymi przyjaciółmi Hioba”. Ludzie niby ci współczują, ale tak naprawdę, gdzieś tak, w tyle czaszki, kołacze im myśl: sam sobie jest winien. Są i tacy, dla których osoba niepełnosprawna jest niczym żaba dla zdesperowanego zająca z bajki: prześladowany przez wszystkie zwierzęta szedł się utopić, a to nagle coś przed nim hyc! Żaba, żabula kochana, to ja, szarak jestem dla niej wilkiem, no i gitara, jak mówi Ferdek Kiepski.
Żeby nie wyszło na to, że jestem zgorzkniałym zgredem, który najpierw był młodym gniewnym, a teraz jest starym wkur…zonym, nie ugeneralizuję sytuacji. Pozdrawiam, te wszystkie mamy, które odrywały się od swoich pociech, by pomóc mi wdrapać się na krawężnik, policjantów, którzy wstrzymywali dla mnie ruch, bym mógł bezpiecznie przejechać przez rondo Marszałkowskiej i Alej, gdy ulewy zalewały windy dla niepełnosprawnych, kloszardów pchających swoje wózki wypchane „dobrem rozmaitem”, pytających, czy na coś mi się nie przydadzą (i nie chodziło wcale o zdobycie 5. złotych na mamrota), słowem tych wszystkich, którzy pomoc drugiemu człowiekowi traktują, jako rzecz naturalną. Tych jest, wierzę w to głęboko, większość, chociaż nie wszyscy się ujawniają. Niektórzy mają szczere chęci, ale nie bardzo wiedzą jak pomóc, inni nie chcą osoby niepełnosprawnej urazić swoją natarczywością. Są bowiem wśród nas, drodzy niepełnosprawni, takie ambitne Zosie-samosie; dziękuję, poradzę sobie sam. I ja też taki głupi byłem, dopiero parę katastrof godnych niemalże Kubicy, nauczyło mnie w sposób bolesny rozumu. Nie odrzucajmy więc tego, co dawane jest ze szczerego serca, a jałmużny dawane fałszywą monetą, niech pozostaną w kieszeniach ofiarodawców.
No i zrobiło się tak podniośle, tak patetycznie, aż do womitowania więc na koniec obrazek sprzed chwili niemalże, z wczorajszego dnia. Pojechałem na zakupy do pobliskiego marketu i utknąłem między wąskimi regałami. Przede mną ściana, a tu korytarzyk między puszkami kukurydzy a słoikami z dżemem wąziutki. Miotam się więc usiłując zawrócić już nawet nie na trzy, ale na co najmniej sześć razy, gdy nagle słyszę za sobą gderliwy głos: – No, decyduj się pan, w te albo wewte, bo mnie noga boli! – Oglądam się, za mną, jak pisał Balzak, dama ongiś młoda, makijaż jakby się wybierała na bal wampirów, laseczka, parasoleczka, na kostce bandażyk. Cóż było robić, wyraziłem wyrazy głębokiego współczucia…
Andrzej Kołodziejski
Odkąd z osobnika dwunożnego stałem się „jednonogiem” swoistym sentymentem darzę swój wózek. Celowo nie piszę „inwalidzki”, gdyż jemu, w przeciwieństwie do mnie, niczego nie brakuje. To ja jestem „inwalidzki”, nie on. Teraz jest o.k., ale początki naszej znajomości były trudne. Kiedy po tygodniach leżenia w szpitalnym łóżku pojawił się mój rydwan, przyjąłem ten fakt z radością: – Koniec białej niewoli – postanowiłem i ruszyłem na podbój korytarzy polikliniki. To był czas, kiedy gmaszysko przy Banacha przechodziło częściowy remont, na niektórych piętrach nie było pacjentów więc miejsca do nauki jazdy miałem pod dostatkiem.
Pamiętacie te klimaciki z medycznych horrorów? Powiewająca w przeciągu firanka, jakiś cień – nie cień w końcu mrocznego korytarza, księżyc odbijający się w lśniących płytkach PCV, nagłe, przeraźliwe skrzypnięcie drzwi za plecami.. i ja, samotny jeździec przemierzający niezmierzone przestrzenie pachnące lizolem, chloroformem, stołówkowym kapuśniakiem, zapchaną ubikacją - jednym słowem swojskie, niepowtarzalne klimaty naszej służby zdrowia.
Policyjne statystyki stwierdzają, że najczęstszymi sprawcami wypadków są początkujący kierowcy, którym wydaje się, iż skoro umieją zmieniać biegi nie zgrzytając przy tym upiornie i ruszają bez żabich podskoków, to mogą już zmierzyć się z Kubicą. I ja, niedoświadczony wózkowicz, też tak myślałem, kiedy pełen niewyobrażalnie naiwnej ufności, opuszczałem poliklinikę. Już wkrótce okazało się, że różnica między szpitalnym korytarzem, a warszawskim chodnikiem jest taka, jak między izbą lordów, a izbą wytrzeźwień. I to izba, i tamto izba – w sumie kolosalna różnica. Przekonałem się o tym dotkliwie, zjeżdżając „ciągiem pieszym”, jak nazwali urzędnicy wyboisty, pełen dziur i zdradliwych pułapek chodnik na skarpie w parku Morskie Oko. Mój poczciwy wózek zamienił się w narowistego rumaka, który w drodze na dół co najmniej dwa razy wysadził mnie z siodła.
To doświadczenie nauczyło mnie ostrożności, zwłaszcza przy ostrych zjazdach, ale czy wszystko da się przewidzieć? Kto by pomyślał, że śmiertelnym zagrożeniem może być np. … arbuz? A było to tak. Któregoś upalnego popołudnia wybrałem się do pobliskiego supermarketu na zakupy. Zbliżał się mecz piłkarski rangi międzypaństwowej, do mnie przychodzili znajomi „na telewizję” więc wypełniłem zawieszony z tyłu plecak różnymi niezbędnikami kibica, między innymi chipsami, chociaż, przyznaję, nie były to produkty najcięższe. Pech chciał, że tuż przy samym wyjściu, na stoisku z owocami zauważyłem, olbrzymie, ociekające czerwonym sokiem arbuzy. To jest to! Przy pomocy sprzedawcy udało mi się przytroczyć dorodny, parokilogramowy owoc do plecaka i ruszyłem w drogę powrotną. Został mi ostatni, niewielki odcinek, przejazd przez osiedlową jezdnię, którą ograniczał niewysoki krawężnik.Trasę tę pokonywałem setki razy, nigdy jednak z obładowanym po szwy plecakiem i arbuzem – gigantem. Kiedy więc zobaczyłem przed sobą krawędź chodnika, spiąłem swego rumaka, rutynowo podbiłem przednie kółka do góry i …niewiele później z tego wszystkiego pamiętam. Świadkowie mego wyczynu twierdzą, że wózek, niczym rumak Zorro, wspiął się na tylne koła, zakręcił rozpaczliwie przednimi oponkami, a potem z głuchym łoskotem, zwalił się na plecy. Moje plecy…Rozległo się charakterystyczne „chrup” i „ćlam”, jakby pękła nagle jakaś skorupa, a jej płynna, galaretowata zawartość rozlała się po gorącym asfalcie. Niektórzy myśleli, że jest to moja czaszka… Pan Rysio, sąsiad, do tej pory na samo wspomnienie tamtego wydarzenia, dostaje z przejęcia nerwowej czkawki: Panie… Andrzeju… kochany…jak ja z balkonu pana ujrzałem leżącego na tej…jezdni…pan naleje mi trochę… wody, o, już lepiej. No, więc jak ja pana zobaczyłem bez ducha z tą czerwoną galaretą na twarzy, myślę sobie: sąsiada nam rozjechało i to pewnie ciężarówka jakaś, taka masakra. matko jedyna, taka masakra! Już żonę zacząłem wołać: dawaj Helena aparat, zrobimy sąsiadowi zdjęcie, aleś pan wtedy pestkami zaczął pluć i wyszło na jaw, że to nie krew, tylko ten arbuz, który swoją drogą życie panu uratował. Bo gdyby nie on, to byś pan potylicą w asfalt przy… i, jak to się mówi – koniec balu, panno Lalu…
Mój wierny wózek towarzyszył mi także w znacznie dalszych eskapadach, np. do kurortu, o którym krążą przedziwne opowieści okraszane nerwowymi chichotami. Któż bowiem nie słyszał o perle Kujaw, uzdrowisku, o którym śpiewano „ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym” oraz opowiadano niezliczone anegdoty, np. taką: okres międzywojenny, w przedziale pociągu jedzie kompletnie niedobrane towarzystwo. Zwłaszcza jeden zarozumiały typek wszystkim daje się we znaki: a gdzie on to nie był, czego to nie widział: Paryż, Casablanka, Baden-Baden. A szanowny pan, też jedzie do wód? – pyta typek sąsiada. – Tak - odpowiada kwaśno zagadnięty – Ciechocinek -Ciechocinek…
Niewielka ta miejscowość, słynąca z tężni i wód o leczniczych właściwościach, cieszy się popularnością wśród kuracjuszy dojrzałych, jak pisał Balzac, „ongiś młodych”, którzy chcą nasycić się urokami upływającego życia o zachodzie słońca…Ludzi, którzy, poniekąd słusznie uważają, że, tak na prawdę, życie zaczyna się po pięćdziesiątce, by swoje najbarwniejsze, najbardziej ekscytujące apogeum osiągnąć w okolicach siedemdziesiątki. No cóż, może być w tym jakiś łut prawdy, skoro wśród dowcipów o atmosferze Ciechocinka krąży i taki: dawno, dawno temu, żyła sobie pewna bogobojna istota. Żyła sobie świątobliwie, żyła, aż kiedyś umarła i trafiła do nieba. Święty Piotr, w ramach ekstra nagrody pozwolił jej ostatni raz popatrzeć na Ziemię z góry. Przycupnęła sobie dobra duszyczka na chmurce, patrzy i nadziwić się nie może. – A co oznaczają te kolorowe rozbłyski, które ukazują się od czasu na planecie? – zapytała pokornie duszyczka. – To, moje dziecko, są największe siedliska rozpusty. O, spójrz tam na prawo, widzisz tę kłębiącą się chmurę pełną błyskawic? To Las Vegas, siedziba hazardu, wszetecznych kobiet i wszelkiego szkaradzieństwa. – A tamte migotania i pioruny? – dopytywała się duszyczka. – To Paryż, Moulin Rouge, kankan, plac Pigalle i i inne tam takie… – A te największe grzmoty i wyładowania, jakby cały skład fajerwerków wyleciał w powietrze, cóż to takiego? Święty Piotr westchnął z rezygnacją: -To Ciechocinek, moja droga, to Ciechocinek…
Tyle, jeśli chodzi o dowcipy i niech każdy oceni, czy nie ma w nich czasem okruszynki prawdy. Z własnego doświadczenia wiem, że do Ciechocinka przyjeżdżają ludzie niezwykli, doświadczeni, od których niejednego można się nauczyć, jak np. pan Stanisław, pułkownik w stanie spoczynku, mój sublokator. Już pierwszego dnia udzielił mi praktycznej porady. Stojąc na balkonie, z ręką w napoleońskim geście wsuniętą za poły marynarki i bujając się na obcasach, perorował tonem nawykłym do wydawania rozkazów: – Słuchaj pan człowieka doświadczonego, źle na tym nie wyjdziesz. Ustalam: puste opakowania po alkoholu wyrzucamy w krzaki po skosie, żeby było na sąsiadów. Pod naszym balkonem ma być czysto, zrozumiano?!
Ale wracając do spraw wózkowych. To właśnie tutaj w Ciechocinku, nauczyłem się pewnej techniki poruszania się, nazwanej przez życzliwych mi obserwatorów „jazdą na ozdrowieńca”. Działa to idealnie na zatłoczonych deptakach, gdzie wózkarz nie ma żadnych szans, by przedrzeć się przez hordy spacerujących wczasowiczów. Po wielokrotnych, nieudanych prośbach o przepuszczenie (a kto by się tam niziołkach słuchał), rozpędzamy wózek, a jeszcze lepiej – zjeżdżamy z górki z okrzykiem: nie mam hamulców! To jest właśnie metoda ” na ozdrowieńca”, gdyż wtedy chromi odrzucają kule i wskakują na drzewa, a opasłe matrony, które nie potrafiły przejść trzech kroków bez zadyszki, przesadzają żywopłoty i galopują przez trawnik niczym uczestnicy Wielkiej Pardubickiej.
Nie wszystkie opisane tu historie były dla mnie przyjemne. A jednak zdecydowałem się do nich powrócić, bo w każdej znich, tak jak często w życiu, istnieje pewien aspekt humorystyczny, który pozwala znaleźć nieco porządku w tym absurdalnym świecie i nabrać koniecznego dystansu do, nie zawsze przyjaznej nam, rzeczywistości.
Zupełnie jak w tej opowieści o podróżniku, który w sercu czarnej, kanibalistycznej Afryki natknął się na misjonarza, niczym motyl w gablocie, przyszpilonego do drzewa wielką włócznią. – Czy bardzo pana boli? – zapytał przepełniony głęboką troską i współczuciem podróżnik. – Nie… właściwie tylko wtedy, gdy się śmieję odrzekł przyszpilony.
P.S. To, czy będzie to pierwszy odcinek wspomnień szalonego wózkowicza, czy też ostatni, zależy od Was, Drodzy Czytelnicy ( mam nadzieję, że jacyś się znajdą).
Czekając na opinie, na razie kurczę się w ukłonie
Andrzej Kołodziejski



