Author Archive

Ostatnio w pociągach Szybkiej Kolei Miejskiej i Kolei Mazowieckich bardzo często zdarzają się kontrole biletów. Czasami jest nawet tak, że jednego dnia jestem „sprawdzany” i dwa razy. Najzabawniejsze jest jednak to, że niektórzy pasażerowie są rozpoznawani przez kontrolerów, którzy widząc ich uśmiechają się pod nosem, co oznacza, że bilet nie musi być nawet wyciągany z torby czy innego portfela. Zastanawiam się nad tym, czy aby te wzmożone kontrole nie doprowadzą do tego, że za jakiś czas nikt nie będzie musiał być sprawdzany przez Panów Kontrolerów, bo doskonale będą oni wiedzieć, że ten czy tamten na pewno bilet ma. A jak ktoś nie będzie miał biletu, kontroler ziewnie zniesmaczony i powie „co poradzić, muszę pana spisać, przepraszam, ale taką już mam robotę”. ?

Share

W piątek i w sobotę pogoda była rewelacyjna. Cieplutko, miło, słoneczko itd. Wczoraj wyleciałem z domu jak z procy i nie zwróciłem na początku uwagi, że wieje jak diabli, jest zimno i narzucić trzeba jakieś zimowe wdzianko. Dopiero, gdy wysiadłem z metra na Wierzbnie dotarło do mnie, że jest naprawdę zimowo. Zaznaczam, że wcześniej musiałem dojechać tramwajem do centrum (z przygodami, a jakże), potem dopiero metrem itd. Kiedy zorientowałem się, że jest naprawdę zimno było już ździebko za późno. Wracając do domu szczękałem zębami z zimna i złości, że nie spojrzałem wcześniej na termometr. A było już tak pięknie. Wiosna, wiosna i po świętach. ?

Share

Nie można uprawiać sztuki bez poświęcenia. Jest ono według mnie nierozłączne od poważnej sztuki. Truman Capote w „Muzyce dla kameleonów” pisze o literaturze, jako o dziedzinie, która każdemu zajmującemu się nią na poważnie z każdym kolejnym krokiem stawia przeszkody, które z czasem zmieniają pisarza nieodwracalnie.

Kim jest w takim razie pisarz? Pisarz, to ktoś, kto cały czas jest gotowy na zmianę. Więcej – czeka na tę zmianę i na każdy rodzaj jej przejawu jest wyczulony jak mało kto. „Zmiana” jest jednym z kluczowych pojęć, jakie według mnie przynależą do pisarza jako artysty. Pisarz nienawidzi stania w miejscu. Pożąda wręcz odmienności, bez względu na to, czy jest to odmienność miejsca geograficznego, czy odmienność stanów jego wnętrza.

Share

8 marca – Dzień Kobiet. Sto lat, sto lat i w ogóle. Wszystkiego najlepszego i pociechy z facetów przede wszystkim.

Kobitki to temat rzeka – nadawałby się na powieść co najmniej. A może i na trylogię. Jeżeli chodzi o mnie, to już od wielu lat odpuściłem sobie to zagadnienie. Starzeję się i coraz bardziej zaczynam sobie cenić święty spokój. Żadnych wzlotów emocjonalnych, ale także żadnych upadków. Tak mi jest dobrze i niech tak zostanie. No nie wiem co musiałoby się stać, żebym zrezygnował ze swojego singlowania.

Ostatnio też, ostatnimi dwoma tygodniami odpuściłem sobie także ze studiami. Nie wiem, jestem zmęczony i potrzebuję tak zwanego nic nie-robienia.

Co dziwne, ale ostatnie tygodnie to także czas mojego odpuszczenia sobie z pisaniem i nawet z książkami. Nie czytam i jakoś jest mi z tym nie wyraźnie.

 

Share

Zazwyczaj najmniejszym pomieszczeniem w mieszkaniu czy domu (pomijając łazienkę i toaletę) jest kuchnia. Pamiętam, że wszystkie studenckie imprezy zawsze kończyły się w kuchni, gdzie w powietrze wylatywały niczym eksplodujące granaty zwierzenia, miłosne wyznania i pierwsze egzystencjalne bolączki. Kuchnia poza tym zawsze nęci zapachami posiłków, lodóweczką i w ogóle nastrojem domowym.

U nas w fundacji, w najmniejszym pomieszczeniu urzęduję ja i dwie koleżanki. Na trzy osoby to miejsce jest w sam raz, ale na więcej już nie. W każdym razie nasze miejsce pracy też – tak jak kuchnia – jest dosyć małe, ale za to bardzo, bardzo przytulne i miłe. Każdy z naszych kolegów i koleżanek co najmniej raz dziennie tu zagląda, a to coś powiedzieć, pogadać, zlecić, czy chociażby poplotkować.

Najlepiej jest w dni zebrań, kiedy do fundacji przyjeżdża naprawdę sporo osób. Nie wiem jakim cudem, ale wtedy właśnie zamiast trzech czy czterech osób mieści się w naszej kańciapce tych osób cokolwiek więcej. Pamiętam taką anegdotkę, którą w takich okazjach zawsze opowiada mój tata. Za czasów wojskowych podobno do Fiata126P mojego ojca wlazło sześć czy nawet siedem osób – i to chłopów wielkich jak ta lala, wielkich jako te dęby.

W każdym razie nasz pokój jest fajny, bo jest mały i pojemny, jak widać. Tyle na dzisiaj.

 

Share

Myślałem, że wiosna już tuż tuż. Aż tu nagle….śniegi syberyjskie. Warszawa zasypana, Miedzeszyn zasypany…a pociągi tylko czasem przyjeżdżają punktualnie.

Moja babcia zawsze, kiedy mówiła o pewnym typie człowieka (zarówno kobiety jak i mężczyzny), mawiała: „typ syberyjski”. „Typ syberyjski” to taki ktoś, z kim nie łatwo, oj nie łatwo. „Typ syberyjski” zawsze ma swoje zdanie – w taki sposób je wyraża, że nie sposób się nie zgodzić (ze strachu, że zaraz nakryjemy się nogami, obaleni na ziemię przez „typ syberyjski”). „Typ syberyjski” jak się przy czymś uprze, to nic nie będzie w stanie go od tego odwieść. „Typ syberyjski” nawet jak nie ma racji, to i tak ma rację. Z „typem syberyjskim” się nie dyskutuje, bo wiadomo co. „Typ syberyjski” zawsze jest osobnikiem atrakcyjnym dla płci przeciwnej. Kobitka dla facetów, a facet dla kobitek.

I tutaj pojawia się moje pytanie: dlaczego „typ syberyjski” zawsze się podoba. Siła charakteru – to raz. Dwa: pewnego rodzaju szlachetność – „typ syberyjski” zawsze jest osobnikiem, który sam do gęby nie weźmie, tylko niczym Janosik odda bardziej potrzebującemu. „Typ syberyjski” nawet, jeśli robi coś, mówiąc ogólnie „nie w zgodzie” to i tak jest w tym zaangażowanie graniczące z cnotą. Trzy: „typ syberyjski” zawsze jest bardziej emocjonalny niż intelektualny (ew. emocjonalna bardziej niż intelektualna) i pewnie przez to bardziej wiarygodny niż „typ nie-syberyjski”. Zawsze bardziej wierzymy jednak emocjom niż intelektowi (emocje są spontaniczne, a intelekt bardziej „dopracowany”). Cztery: „typ syberyjski” w jakiś niewysławialny sposób zawsze budzi lęk, trwogę i nawet strach. Dlaczego? Bo „typ syberyjski” przeraża nigdy nie zwalniającą prędkością życia. Taki jest właśnie „typ syberyjski”.

Pytanie: czy „typowi syberyjskiemu” lepiej się żyje w warunkach, które dzisiaj zaczęły nas otaczać? Tego nie wiem. Wiem jednak, że śniegi syberyjskie, które dzisiaj od rana lecą nam wszystkim na głowy nikomu się nie podobają. Jakby w przeciwieństwie do „typu syberyjskiego”. Śniegi syberyjskie i „typ syberyjski” więc często mogą się wykluczać. „Typ syberyjski” – tak, śniegi syberyjskie – nie. Jedno i drugie swoje prapoczątki ma na Syberii. Dlaczego więc człowiek Syberii nam się podoba, ale już warunki, w jakich żył niby pierwotnie, nie? Warunki, w jakich człowiek żyje, kształtują tego człowieka.

Często efekt końcowy podoba się nam jak diabli, ale droga, jaka do niego prowadziła już nie za bardzo. I tutaj ujawnia się pewna cecha, która dotyczy jednak chyba większości z nas. Bardzo chcielibyśmy coś mieć, jednak już nie tak bardzo mamy siłę czy nawet odwagę, żeby po to sięgnąć (tym samym: wykonać pewien wysiłek, żeby jednak to coś dostać) – nie stać nas po prostu na to, żeby całą karczemną drogę przebyć, by dopiero na samym jej końcu znaleźć to, czego tak bardzo pragniemy. Dlaczego o tym piszę i dlaczego właściwie cały ten tekst?

Może śniegi syberyjskie, przez które ostatnio zdążamy w różne miejsca mają ukryte w sobie jakieś głębsze przesłanie. Może warto przebijać się przez nie różnymi środkami lokomocji, bo a nuż czeka na nas za nimi jakaś wiosenna nagroda – tylko nasz, i własny „typ syberyjski”. Pogody ducha w takim razie życzę w te zimowe dni, w zaspy bogate i pełne oblodzonych chodników.

Share

Dzisiaj Drogie Dzieci będzie słów kilka o przyjaźni. Nie będę definiował przyjaźni, bo sam nie mam takiej definicji. Albo jest przyjaźń między ludźmi, albo jej nie ma. Proste jak drut, no nie? Pewnie niektórym z Was trudno będzie to zrozumieć, ale Przyjaźń o wiele więcej warta jest niż nawet najmiłośniejszy związek damsko-męski. Tak też po prostu jest.

Przyjaźń jest wieczna – jeżeli jest prawdziwa. Kiedy przerodzi się w miłość to już w ogóle super, bo wtedy ta druga (znaczy miłość) zbudowana jest na czymś piekielnie trwałym. Jeżeli macie przyjaciół pomyślcie, że jesteście szczęśliwymi ludźmi, naprawdę. Kiedy w życiu nie ma przyjaźni jest naprawdę krucho.

Kiedy jednak jest ktoś, kto zawsze wesprze Was swoją obecnością chociażby (która często o wiele więcej znaczy niż najpiękniejsze słowa!) jest poczucie bezpieczeństwa i trwałości, które znaczą bardzo, bardzo dużo. Przyjaźń zatem jest według mnie bardzo ważna. Jeżeli nie mamy jej w swoim życiu czy tak czy siak jesteśmy sami.

Podobno człowiek zawsze jest sam – tak mówią. To prawda, ale tylko do pewnego stopnia. Jesteśmy sami zawsze wobec spraw ostatecznych. Poza nimi jednak jest bardzo dużo takich miejsc w życiu, kiedy obecność przyjaciół jest wręcz niezbędna, by móc dalej oddychać.

Niektórzy mają ich wielu, niektórzy tylko jednego. Zawsze jednak są oni kamieniami węgielnymi, o których nigdy nie wolno zapominać. Jeśli ktoś nie ma choć jednego przyjaciela, zbudował konstrukcję bez węgielnego kamienia.

Przyjaźń znaczy więcej niż moglibyśmy przypuszczać.

Share

Chyba w latach sześćdziesiątych (albo i w pięćdziesiątych, nie pamiętam, bo mnie jeszcze wtedy nie było na świecie) bardzo popularna była piosenka zespołu Filipinki o pierwszej w świecie podniebnej miss, Walentynie Tiereszkowej – rosyjskiej, pierwszej kobiecie kosmonautce. „Walentyna, Walentyna, to pierwsza w świecie podniebna miss. Jej imieniem więc się zaczyna najnowszy Walentyna Twist.” Jakoś chyba tak to szło. Za kilka dni święto zakochanych Walentynki, więc dlatego o tym piszę.

Pewnie po raz kolejny będę – klasycznie – siedział sobie w pokoju przy herbatce i czytał książkę. No cóż, starzeję się, to niezaprzeczalny fakt. A człowiek na starość to już tylko książeczka, ciepełko domowego zacisza, wygodny fotelik i inne takie tam. Pewnie jednak będzie mi trochę smutno, więc pod nosem zaśpiewam sobie o Walentynie, która gdzieś hen pod gwiazdami fruwała rosyjską rakietą, czy innym statkiem kosmicznym. No wiem, żałosne jak nie wiem co.

W każdym razie Walentynki tuż tuż. Samotnikom, takim jak ja życzę jednak pogody ducha, wewnętrznego spokoju i znalezienia wreszcie tej jednej jedynej miłości. Miłość to fajna sprawa – nie zastąpi jej żadne teoretyzowanie, poetyckie wynurzenia czy ględzenie o pozornej wolności. Z góry więc życzę wszystkim miłości, a reszta sama się odnajdzie.

I żeby nikt nie był niczym cymbał brzmiący i miedź brzęcząca, a mówienie językami świata i aniołów zastąpił prostym „Kocham Cię” (nawet jeśli naprzeciwko siedzieć będzie inna Walentyna). Tyle na dzisiaj.

Share

„Pani kierowniczko! Takie jest odwieczne prawo natury: jak jest zima to musi być zimno!” – na pewno wszyscy pamiętają te sławetne fragmenty z „Misia” Barei. Trudno się z tym nie zgodzić. W naszym mieście, Warszawie, to, że jest zimno, można rozpoznać nie tylko po tym, że jest zimno, ale także po tym, że przy autobusowych przystankach stoją rozpalone do czerwoności koksowniki; można radośnie ogrzać sobie łapki i w ogóle, jest przyjemnie.

Dla palaczy zima jest dodatkowo ekonomiczna. Jak ktoś pali, to musi palić szybko, żeby nie zamarznąć i ochoczo schronić się w ciepełku najbliższego pomieszczenia (ogrzewanego of course). Zimą więc palacze uczą się szanować swój czas innymi słowy.

Poza tym, trzeba nauczyć się (jeśli ktoś nie umie jeszcze) szybciej chodzić – od przystanku często gęsto jest spory kawałek do przejścia, czy to do pracy, czy to do domu.

Jak widać wszystko ma swoje dobre i złe strony – zima, palenie papierosów i to że na zimę jest zimno.

Maciek (palacz)

 

P.S.

Palenie szkodzi zdrowiu (tak samo, jak podobno wszystkie inne przyjemne rzeczy w życiu na tym łez padole) – to niepodważalny fakt. Ale w zasadzie zima też (bo przeziębienia i w ogóle). Uroń więc łezkę współczucia Szanowny Czytelniku nad palaczem, którego w dodatku dopadł zimowy mróz – 20°C. Nie dość, że pali, to i zza rogu czyha na niego angina.

Share

Wieczorem w piątek byłem na wernisażu. Gdyby nie obowiązki w pewnym sensie służbowe darowałbym sobie to wyjście i w piątkowy wieczór zaszyłbym się w pokoju z mocną, czarną herbatą i książką. No wiem, że to straszna nuda, ale latka swoje już mam i po prostu mi się nie chce. Nie żebym był jakimś starcem, ale jak boga kocham, na takich imprezach nawiedza mnie zawsze ironiczny duch Witolda G. Serio. Wiem, jestem straszny, ale nic na to nie poradzę. No więc, wernisaż….tiaaaaaaaa.

Zdjęcia rewelacyjne, bez dwóch zdań – gdybym robił chociaż w połowie tak dobre foty mógłbym się uznać za naprawdę świetnego fotografa. Nie ma co się rozwodzić – zdjęcia na olbrzymim poziomie artystycznego kunsztu. Dlaczego w takim razie zmyłem się stamtąd tak szybko? No cóż. Atmosfera (atmosferka).

Pewnie jestem za bardzo surowy i pewnie nie do końca mam rację, ale tak czuję, więc nic na to nie poradzę. Zawsze przy takich okazjach mam wrażenie, że ludzie, którzy tam są, są tam bo wypada, a nie dlatego, że faktycznie są zainteresowani. Jakieś rozmowy, jakieś winko, ktoś ogląda zdjęcia, ktoś przylazł, bo wydaje mu się, że będzie fajniejszy, jak od czasu do czasu pojawi się w takim miejscu, jakieś twarze, które znałem lata całe temu, a teraz nic dla mnie już nie znaczą, oprócz tego, że widzę w nich zupełnie obcych ludzi. To jest tak – dlatego bardzo rzadko bywam, w takich miejscach, bo zawsze czuję tam jakiś fałsz i sztuczność.

Tak na logikę: nie można zdjęcia czy obrazu naprawdę obejrzeć i przy tym zrozumieć, kiedy wokół kręci się kilkadziesiąt osób, z których każda coś mówi. Malarstwo jak i fotografia wymagają czasu, skupienia, ciszy i nawet po prostu kontemplacji. Wernisaże, premiery, wystawy są dobre dla snobów. Sztukę smakuje się w samotności, tym bardziej sztukę wizualną.

Punkt pozytywny tego wyjścia: na następne lata mam święty spokój, bo na pewno z własnej woli nie polezę na tego typu imprezę długo, długo, długo.

 

Share
Stats
  • Total Stats
    • 6 Authors
    • 69 Posts
    • 0 Tags
    • 0 Comments
    • 7 Links
  • 10 Most Commented Posts
    • N/A