Author Archive
Muszę się przyznać, że do niedawna miałem ze sobą spory problem. Bo niby wszystko było ładnie, niby wszystko pięknie, interesuję się rozwojem osobistym, chcę i próbuję pracować nad sobą i swym duchowym samodoskonaleniem, niby sporo wiem o różnych dziedzinach wiedzy związanej z samorozwojem itd., itp., ale jednak… Ale jednak wciąż nie mogłem czy nie umiałem uruchomić i wykorzystać całego potencjału, który, byłem pewien, drzemie we mnie i jest w stanie „przenieść góry”, gdy tylko nauczę się z jego pomocy właściwie skorzystać.
Taki był mój problem.
Był…
Szczęśliwie, udało mi się w porę go dostrzec, rozpoznałem go w ogólnym zarysie i zacząłem szukać. Zacząłem szukać, gdzie jest przyczyna tej niemożności i uwięzienia w tym „prawie”, „o mały włos”…
Jakoś tak intuicyjnie odrzuciłem wszelkie, nazwijmy to, paranormalne wyjaśnienia tego stanu rzeczy, odrzuciłem myśli o złym fatum i innych nadprzyrodzonych ograniczeniach swego twórczego potencjału i zwróciłem się w stronę psychologii, a zwłaszcza jednego z jej kierunków, istniejącego od dawnych wieków i przeżywającego wielkie odrodzenie w dzisiejszych czasach, coraz trudniejszych z punktu widzenia psychologii.
Zainteresowałem się zagadnieniem motywacji, zacząłem szukać wiadomości, jak skutecznie wyznaczyć i następnie, idąc tym tropem, osiągnąć wyznaczone cele.
Jeśli i Tobie czasem, a tym bardziej często, wydaje się, że coś się przeciw Tobie sprzysięgło, że znów „o mały włos” wreszcie byś osiągnął/osiągnęła znaczący sukces, czy że znów się „prawie” udało, to chętnie podzielę się z Tobą jednym ze swoich ważnych odkryć w na ten temat.
To odkrycie to po prostu świetna książka. Napisana przez wybitnego polskiego specjalistę w dziedzinie motywacji, Nikodema Marszałka, który para się tą dziedziną już wiele lat, a swą wiedzę na ten temat zdobywał i konsultował u najwybitniejszych autorytetów technik motywacyjnych na świecie. Publikacja nawet nosi tytuł, który przekazuje dokładnie jej treść i podstawową myśl. Brzmi on po prostu: „Odrodzenie Feniksa”. Tytuł ma także rozwinięcie wydrukowane poniżej, na okładce, które także świetnie streszcza treść książki: „Poznaj sekrety zwykłych ludzi, którzy osiągają niezwykłe rezultaty i uwolnij śpiącego w Tobie olbrzyma” i także znakomicie przekazuje to, co jest zawarte w treści.
Z pierwszej części publikacji dowiesz się między innymi, jakie są prawa zdobywania wyznaczonych celów, jak ważne w nauce wpływania na własne życie są nastawienie, postawa i wizualizacje i jak istotny jest przy tym własny wizerunek, jego kształtowanie i robienie koniecznych w nim zmian. W drugiej części książki autor opisuje konkretne techniki osiągania celów i rolę nadświadomości i podświadomości w procesie oczekiwanej zmiany jakości życia. Pojęcie „podświadomość” z pewnością nie jest Ci nieznane i zapewne wiesz już, że jest to największa siła psychiczna, która praktycznie całościowo, choć nieświadomie, kontroluje, kim jesteś i jak wygląda Twoje życie.
Nie chcę powiedzieć, źe dzięki tej książce nie stałem się nagle „piękny, młody i bogaty”, ale dowiedziałem się dokładnie. czym są te krępujące mnie kule u nóg, ktoś mi wreszcie przekonująco powiedział, skąd się wzięły i jak mimo woli wciąż je bardziej do moich nóg przymocowuję. Mam także nadzieję, że dzięki owej wiedzy uwolnię się od tych przeszkód, odrodzę w sobie Feniksa i dogadam się choć trochę z podświadomością, która w rezultacie pozwoli mi osiągnąć coś dla mnie istotnego.
Jeśli i Ty czujesz, że krępują Cię jakieś nienazwane i niewidzialne więzy i też brakuje Ci często tego przysłowiowego „małego włosa”, by wreszcie wypłynąć na szerokie wody, to chcę niniejszym Ci powiedzieć, że opisywana książka jest świetną pomocą w zerwaniu tych kajdan. Wiadomo że dostrzec i zdefiniować wroga to już połowa drogi do zwycięstwa nad nim, a ta publikacja wszechstronnie i dokładnie przestawia nasze ograniczenia. Nazywa te rzeczy po imieniu i nie pozostawia żadnych złudzeń!
Dla porządku dodam także, że wydało ją w 2008 roku Wydawnictwo Złote Myśli, które publikuje bardzo dużo książek na tematy związane z rozwojem osobistym i z osiąganiem sukcesu wszechstronnie rozumianego.
Marek
Muzyka jest potężną siłą oddziałującą na nasz stan psychofizyczny. To chyba jest w dzisiejszych czasach oczywiste i nie muszę nikogo przekonywać, że to słuszne stwierdzenie.
To pewnik…
A znów gatunek, rodzaj muzyki, którego się słucha, mówi niemal wszystko o tym, kim się jest i to właśnie te ulubione zestawienia dźwięków tworzą w ogromnej mierze naszą świadomość, sposób postrzegania zjawisk w życiu i sposoby na nie reagowania.
Z tych zdań wynika, jak sądzę, to, że trzeba być bardzo ostrożnym, dokonując wyboru muzyki, ponieważ może ona albo zbudować pozytywny nastrój, totalnie zdołować, popchnąć do bardzo pozytywnych czynów dla dobra nas samych i innych lub wręcz przeciwnie: spowodować działania złe, agresywne, wręcz haniebne.
W niemal wszystkich gatunkach muzyki są artyści, którzy przekazują te dobre, budujące nas emocje i tacy, którzy przekazują treści destrukcyjne, pełne agresji i nienawiści. Są również i ci, którzy swą muzyką skłaniają nas jedynie do stagnacji, bierności i obojętności. Zatem rodzaj muzyki, który się wybierze, może pomóc określić zakres naszych działań, a nawet i w pewnym sensie zakres sukcesu, jaki się osiągnie w życiu.
Zgodnie z najnowszymi teoriami psychologicznymi, które opierają się na pradawnej wiedzy, częstokroć jeszcze nieuznawanej przez oficjalną naukę, myśląc negatywni,e przyciągamy negatywne wydarzenia do naszego życia, a poprzez pozytywne myślenie i nastawienie do życia przyciągamy zdarzenia pożądane, te „dobre”. Wnioskuję także z tego, że życiowe szanse, okazje i ogólnie prawdopodobieństwo lepszego życia częściej pojawia się u optymistów, a więc u osób słuchających muzyki niosącej piękno i pozytywne emocje.
Nie chodzi mi o to, że zachęcam do słuchania wesołkowatej muzyki weselnej lub innych głupawych discomłotów, ale raczej do szukania spokojnego i wyszukanego piękna i zrównoważonych emocji, które można wszak znaleźć w niemal każdym gatunku.
Jeśli dotąd Cię nie przekonałem i myślisz może, że to w Twoim przypadku nie działa, musisz sobie uświadomić, że wszystkie działania, które czynisz, są poprzedzone jakąś Twoją myślą. Jak wynika z biologii, z budowy i działania ludzkiego organizmu, każdy nasz czyn jest sterowany przez mózg, a tenże mózg, tworzący także świadomość, jest w pewnym określonym stanie. Nawet działania, reakcje podświadome czy odruchowe także są inicjowane przez układ nerwowy, który jest w stanie uspokojenia lub pobudzenia.
A na ten stan mamy w ogromnej mierze świadomy wpływ i możemy go niejako sterować i programować poprzez rodzaj odczuwanych emocji. A jak wykazałem wcześniej, te emocje możemy w bardzo dużym stopniu kształtować obcowaniem ze sztuką, pięknem lub wręcz przeciwnie z brzydotą, słowem: kształtować także muzyką i to w ogromnym zakresie!
Marek Grabowski
To właśnie lata osiemdziesiąte są dla jednych szczytem tandety i kiczu w muzyce, a dla innych (także i dla mnie) jednym z najwspanialszych okresów, wręcz złotymi latami młodości i młodzieńczego szaleństwa, także muzycznego. To właśnie w tych latach 80. byłem (jak może wielu z Was) nastolatkiem, przeżywałem pierwsze miłości „po grób” i zaczynałem żyć pełnią samodzielności, a w muzyce narodziło się i zaczęło kształtować wiele stylów istniejących do dziś: New Romantic, Synth Pop, Italo Disco, Euro Disco, Techno, House, Electro, New Beat.
Wszystkie te style muzyczne łączy przede wszystkim jeszcze wówczas prymitywne i plastikowe brzmienie pierwszych syntezatorów (wtedy było to nieodzowne „objawienie” brzmieniowe). Pewne natomiast jest, że to właśnie te lata przyniosły ogromny rozkwit w muzyce pop i pokrewnych gatunkach, że powstały tysiące utworów, które stały się nieprzemijającymi standardami.
Oprócz największych wykonawców tamtego okresu, znanych i często grających do dziś (jak choćby Depeche Mode), powstało też mnóstwo mniej znanych zespołów, o których dziś pewnie się już nie pamięta, ale za to ich utwory, które przetrwały wiele lat, obecnie często stają się źródłem przeróbek i coverów. Bywa też, że ówczesne utwory są modyfikowane w ten sposób, iż brzmią lepiej i nowocześniej. Często robią to ich twórcy i pierwsi wykonawcy, którzy zdecydowanie poprawiają, uwspółcześniają brzmienie, dając nam w ten sposób stary dobry produkt w zupełnie innym, nowym opakowaniu.
Także w coraz większej liczbie pubów, klubów i dyskotek gra się teraz tamtą muzykę, są nawet takie lokale, które grają wyłącznie disco z lat 80. i mają z tego powodu swoją stałą i wierną klientelę. Jestem przekonany, że gdziekolwiek się zagra tamtą muzykę, na jakiejkolwiek imprezie (dyskotece, w pubie, imprezie domowej lub okolicznościowej czy na weselu), to mamy praktycznie 100% gwarancję szampańskiej zabawy i pełnego parkietu…
Zresztą powiedzmy sobie szczerze, kto tak naprawdę choćby raz w życiu nie poddał się, nie zatracił w tańcu przy najlepszych utworach Eurythmics, Dead or Alive, Pet Shop Boys, Alphaville, Modern Talking, OMD, Shakin Stevensa, Wham, Michaela Jacksona, A-ha, Abby… Dobrych wykonawców z tamtego okresu można wymieniać naprawdę długo, a jest to wciąż zaledwie garstka spośród wówczas sławnych.
Dlaczego tak jest, dlaczego ta stara, bądź co bądź, muzyka nadal porusza, bawi, „kręci” tak wiele osób, dlaczego jest nieprzemijająca? Moim zdaniem u źródeł jej wieloletniego, spektakularnego sukcesu leży kilka cech istniejących równocześnie.
- Po pierwsze i chyba najważniejsze, w tamtych utworach są najczęściej bardzo chwytliwe i wpadające w ucho melodie, które raz usłyszane „chodzą po uszach” bardzo długo. Podam bardzo prosty przykład piosenki „Cheri cheri lady”, którą zna chyba każdy mimo upływu niemal trzydziestu lat od premiery
- Nie mniej ważne moim zdaniem jest to, że ówcześni wykonawcy mieli dużo lepiej opanowany warsztat muzyczny (i wokalny, i instrumentalny) od współczesnych, u których jakże często czyni się cuda techniczne, by śpiew trafiał w tonację i nie był „obok” rytmu. W tamtych czasach zdecydowanie bardziej liczyły się umiejętności artysty i jego talent, który nie był aż tak mocno jak dziś wspomagany przez kampanie medialne i technikę audiowizualną. Liczył się warsztat i pomysł, a nie nie szok i skandal, który wszak z muzyką ma niewiele wspólnego.
- Dalej będzie to bardziej jednoznaczna, niż jest to obecnie, przynależność do określonego stylu. Wówczas nikt nie miał wątpliwości, że disco to disco, new romantic to new romantic itd. Muzyka tego typu była o wiele mniej eklektyczna niż obecnie, bardziej rozpoznawalna i jednoznaczna stylowo.
- Nie można też zapomnieć o tym, że w latach 80. obowiązywały inne kanony piękna i sztuki. To co miało być ładne, było rzeczywiście ładne, a teraz różnie z tym bywa…
Jednym słowem, jestem pewien, że i za kolejne 30 lat, np. utwór „Smalltown Boy” Bronskiego Beatu będzie słuchaczy wzruszać i powodować szybsze bicie serca, czego niestety moim zdaniem nie można powiedzieć o twórczości zdecydowanej większości współczesnych wykonawców, których nazw teraz najczęściej nawet nie rozróżniam…
Pora umierać?
Marek Grabowski
Dziś chcę się skupić na rozwoju, na wzbogacaniu wrażliwości, emocjonalności i na zmianie sposobu postrzegania świata dzięki kontaktowi z dziełami noszącymi miano sztuki.
Człowiek niemal od początku swojego istnienia jako homo sapiens ma wrodzone dążenie do wytwarzania rzeczy, które nie służyły i nie służą egzystencji w sensie biologicznym i są przejawami tzw. wyższych potrzeb ludzkich.
Tak więc sztuka narodziła się wraz z rozwojem cywilizacji i można przypuszczać, że na początku pełniła przede wszystkim funkcję związaną z obrzędami magicznymi, którą zachowała u ludów pierwotnych do dziś
Sztuka pełni rozmaite funkcje, m.in. estetyczne, społeczne, dydaktyczne, terapeutyczne. Poszczególnymi jej zadaniami będę się zajmował w kolejnych postach, a teraz skupię się jedynie na wyznaczaniu jej ogólnych ram i definicji oraz na estetycznej funkcji sztuki.
Możemy krótko powiedzieć, że jest to dziedzina aktywności ludzkiej uprawiana przez artystów.
Nie istnieje jedna spójna, ogólnie przyjęta definicja sztuki, jest ich współcześnie co najmniej kilka, gdyż jej granice są redefiniowane w sposób ciągły, w każdej chwili może pojawić się dzieło, które w arbitralnie przyjętej, domkniętej definicji się nie mieści.
Nie zgadzam się z jedną ze współczesnych, oficjalnych definicji sztuki, która głosi, że w sztuce pojęcie piękna nie jest ważne i dla niej samej nie jest już nie tylko wartością wyróżniającą, ale nawet nie jest niezbędne.
W ciągu swej długiej historii pojęcie sztuki z bardzo szerokiego, o precyzyjnie wytyczonych granicach, znacznie zawęziło swój obszar. Także jego granice wyraźnie się zatarły. Idąc dalej tym tropem, w społeczeństwach współczesnych sztuka jest w dużej części zawłaszczona przez przemysł rozrywkowy i stała się też w pewnej mierze kolejną gałęzią przemysłu (tzw. sztuka popularna, pop).
Dla mnie o wiele bliższa jest alternatywna koncepcja sztuki, sformułowana przez W. Tatarkiewicza w książce: „Dzieje Sześciu Pojęć”, która mówi, że twórczość artystyczna jest odtwarzaniem rzeczy, konstruowaniem form bądź wyrażaniem przeżyć, tylko jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, wzruszać bądź wstrząsać.
Dlatego właśnie, zgodnie z ostatnią przytoczoną definicją, nie jest sztuką punk rock, który w swym charakterze niesie tylko agresję i dzikość wyładowania emocji i frustracji. Nie są też sztuką plastikowe, sztampowe przeboje disco, u których źródła leżała jedynie chęć zarobienia pieniędzy. Nie są też sztuką inne tego typu działania rzekomego „artysty”, dla którego piękno, a także wzruszenie widza/słuchacza/czytelnika jest nic nieznaczącym abstrakcyjnym pojęciem.
Spotkałem się z opinią (to tzw. nominatywna definicja), że cechą wspólną dla wszystkich dzieł sztuki ma być intencja, z jaką dzieło zostało powołane do życia. Jeśli twórca kreuje je z intencją stworzenia dzieła, to dany wytwór dziełem bezwzględnie jest. To także pozostaje w zgodzie z powiedzeniem Donalda Judda, że sztuką jest to, co się za sztukę uważa. Taka definicja z kolei uniemożliwia wartościowanie dzieł, wszystko, co autor uzna za sztukę, musi nią być, bez względu na poziom, jaki reprezentuje.
Nie zgadzam się z tym zupełnie i uważam, że najważniejszą cechą wyróżniającą sztukę na tle innych działań człowieka jest to, że MUSI zachwycać i wzruszać.
Jednym słowem bezwzględnie konieczną cechą wyróżniającą utwór artysty od wytworów wszystkich innych osób musi być piękno, co zupełnie nie przeszkadza temu, że dzieło sztuki może przekazywać ważne treści, opowiadać o czymś istotnym bądź wstrząsać.
Marek Grabowski
Załóżmy na wstępie, że będziemy tu rozumieć szczęście jako efekt własnych poczynań w kierunku osiągnięcia sukcesu w dowolnej dziedzinie, bez skupiania się na poczuciu szczęścia wynikającym z relacji z drugą osobą czy interakcji rodzinnych. Obliczono statystycznie, że tylko 5 procent ludzkości osiąga prawdziwy sukces i od razu powinno w naszych umysłach zrodzić się pytanie, co powoduje, że można nas raczej zaliczyć do pozostałych 95 procent?
Każdy może i nawet chyba powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób przeżywa własne życie. Czy angażując stale wszystkie swoje możliwości psychofizyczne, należy każdy kolejny dzień wykorzystywać maksymalnie do realizacji swoich zamiarów i osiągania celów? Czy ciesząc się każdą chwilą, należy z entuzjazmem podejmować się wszelkich, nawet trudnych i skomplikowanych zadań? Czy wręcz przeciwnie, przyjmując wszystko biernie i w tej postaci, w jakiej istnieje, bez podejmowania żadnej aktywności zmierzającej do realizacji marzeń, być przeciętnym i w końcu popaść w rutynę codzienności i bylejakości?
To co za chwilę tu napiszę, może zniechęcić do działań lub odwrotnie – wywołać „wzięcie się w garść” i motywację do brania życia w swoje ręce…
Nikt nie wymyślił złotego środka na osiągnięcie tego, co się chce i odniesienie sukcesu, cokolwiek on znaczy dla każdego z nas, i każdy może pojmować za tenże sukces zupełnie różne wartości. Innymi słowy dla każdego z nas sukces może oznaczać zupełnie coś innego!
Niemniej jednak przytoczę tutaj jedną, uniwersalną, jak sądzę, radę. Chcę jednak od razu zrobić pewne zastrzeżenie, że opisywana metoda nie jest jedynie „pozytywnym myśleniem”, które ma tyle samo zwolenników, co przeciwników, lecz jest w dużym stopniu pokrewna z założeniami np. Huny, o której także piszę tym blogu w dziale „Psychotronika”.
Do skorzystania z tej rady nie potrzeba będzie ani pieniędzy na inwestycję, ani udziału w żadnych szkoleniach, ani szlifowania umiejętności w czasie długich godzin żmudnych ćwiczeń. Jedyne, co chcę tu zaproponować, to zmiana swoich nawyków myślowych i podejścia do siebie samego.
Pewna mądrość, którą sam znalazłem w kilku publikacjach na temat rozwoju i osiągania sukcesu i której trudno jest zaprzeczyć, zawiera się tylko w jednym zdaniu. Radzę przeczytać uważnie i głęboko się nad nim zastanowić! „Jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”. To twoje myśli i nawyki determinują Twoje wszelkie postępowanie i stajesz się tym samym swoistą „samosprawdzalną przepowiednią”. Działasz według własnych utartych schematów postępowania, towarzyszy Ci permanentny strach przed jakąkolwiek zmianą i podjęciem dowolnych nieznanych wyzwań. Wskutek tego tkwisz w dotychczasowym schemacie myślowym, a Twe życie nie ma szans na pozytywną zmianę. Proste, czyż nie?
Najważniejsze jest zatem to, w jaki sposób myślisz i jakie masz nastawienie do życia. Dowolny sukces trzeba najpierw wymyślić, zwizualizować, niejako przeżyć go niemal realnie w wyobraźni i dopiero później należy podjąć działania w celu jego urzeczywistnienia. Właśnie taka kolejność postępowania może stać się źródłem wymarzonego sukcesu i właśnie tym, wydawałoby się, drobnym szczegółem różni się to od zwyczajnego i szczególnie modnego w dzisiejszych czasach „pozytywnego myślenia”. Najpierw trzeba sobie ten przyszły sukces dokładnie wyobrazić z wszelkimi możliwymi szczegółami jego konsekwencji i dopiero, skupiając się na tym całościowym wyobrażeniu, zacząć go urzeczywistniać.
Metoda, którą opisałem, bardzo mnie przekonuje, jest zgodna z tym pierwszym podejściem do życia i samego siebie. Jest absolutnym przeciwieństwem bierności i przyjmowania swego życia takim, jakie jest, choć, jak wspomniałem, nie wymaga męczącej aktywności ani wysiłku, tylko myślenia i wyobraźni!
Pozdrawiam wszystkich i życzę bogatej wyobraźni…
Marek Grabowski
Jestem synem niemrawego brata wydobytym na kształt kilofa z odmętów nieokiełznanego czajnika. Wiosna bezwstydnie nurkuje w bałaganie kontrowersji, a ja zdobywam się na wyczesany stos zmrożonych i ulotnych zapomnień o przyszłym kalafiorze. To dobrze, że moja klikalnia rozdaje mi te chwile zapomnienia do dzienniczka. To dobrze i źle zarazem, bo generacja utraty zegarka ma się wspaniale i zostaje w całości zaokrąglona w przesmyku samotności. Ugotowane krzesła mkną w obrębie domowego ciasta i zarażają mnie entuzjazmem do korowodu rozpaczy nad rozlanym prezentem Mikołaja. Bez śniegu nie ma klasówki! Święto dożynek jest tu zbędnym bonusem i nie ma racji oświetlania. Bolesne wspomnienia o umiłowaniu tapczanu obierają tymczasowe wygnioty nerwów. Będzie socjologia. Wyszedł, zabierając ze sobą twoje betonowe wspomnienia. Ona stworzy nam rozkosz bezkresu i unicestwienia. To wszystko wiem już od paru cegieł. Było nadspodziwanie źle, a może być jeszcze lepiej… To nic, że on przyjdzie i zaśpiewa nam Bogurodzicę. Miałem zły kolor na sumieniu i tak już będzie, że oni zatrzymają się w kolorowym zwierciadle. Chorzy muszą mieć wyjście do samolotu napędu atomowego. Nie chcę spaść w łono i obok choinki… Ile razy już będziesz bawił się tym kontaktem samotności? Tak było i będzie i między nimi mówiąc, jest to konstytucyjna aktywność i okrągła rocznica bezmiaru trwania naszego autobusu osobowego lecącego w otchłań bezmiaru chaosu bez żadnego kotleta…
Marunio
Gdy na świecie coraz ciemniej i zimniej, gdy wkoło coraz bardziej otacza nas aura jesienna (a wkrótce już zimowa), coraz więcej jest czasu na przeróżne myśli, także na myśli kogoś, kto mimo iż pracuje, to jednak stale balansuje na granicy ubóstwa i bardzo niskich przychodów.
Czy i Wy też macie ten sam problem co ja?
I właśnie dlatego, że tak bardzo dotyka nas w negatywnym sensie problem niedoboru finansów, chcę się z Wami podzielić pewnym sposobem na gruntowną zmianę tej złej sytuacji i uzyskanie radykalnego wpływu na wiele istotnych składników naszego codziennego życia.
Opiszę Wam, co odkryłem, by swobodnie móc używać swojego twórczego umysłu w rozwiązywaniu codziennych problemów, podejmowaniu właściwych decyzji i znajdowaniu sposobów na osiągnięcie swoich celów.
Brzmi obiecująco, prawda?
Ale zanim przejdę do dokładnego opisu tej metody, muszę się podzielić się z Wami garścią wiadomości na temat sposobów funkcjonowania ludzkiej psychiki, będzie to niezbędne do zrozumienia całości tego, o czym tu mówię…
Otóż cały nasz umysł jest podzielony na dwie części:
Świadomą, która odbiera wrażenia za pomocą zmysłów wzroku, słuchu, dotyku, smaku i węchu i jest bardzo skuteczna w podejmowaniu tysięcy codziennych decyzji. Kiedy chcemy świadomie wykonać jakąś czynność, to właśnie ta część umysłu wysyła sygnały do naszego ciała i zarządza nim. Ta świadoma część zasypia także, gdy zapadamy w normalny sen.
Zupełnie inaczej jest z drugą sferą umysłu, nazywaną sferą nieświadomą. Ona nie śpi nigdy. To jest właśnie nasza Twórcza Podświadomość. Podświadomość dosłownie utrzymuje nas przy życiu, bo to ona odpowiada za nieświadome funkcje ciała, takie jak bicie serca i oddychanie. A najważniejsze jest to, że właśnie ta Twórcza Podświadomość steruje także naszą osobowością, charakterem, naszymi popędami oraz najgłębszymi i najbardziej skrytymi pragnieniami!
Cała trudność polega na tym, by w jakiś sposób umieć sterować tą Podświadomością i wykorzystać ją do osiągania naszych celów…
Nie będę ukrywał, że tych wszystkich wiadomości o sposobach wpływania na swoją podświadomą część umysłu dowiedziałem się z książki pod tytułem „Bogać się, kiedy śpisz„, którą napisał Ben Sweetland, a wydało Wydawnictwo Złote Myśli w 2011 roku. Tytuł, choć brzmi bardzo przewrotnie, to jednak świetnie oddaje istotę sprawy i wstępnie informuje nas, w jakim kierunku musimy podążać, by lepiej osiągać wymarzone cele.
Sweetland mówi wyraźnie i wprost, że PSYCHIKA TO CZŁOWIEK, że JESTEŚ TYM, KIM MYŚLISZ, ŻE JESTEŚ!, oraz że MYŚLI SĄ OBRAZAMI, OBRAZY SĄ WZORCAMI. To tylko tytuły trzech z 24 rozdziałów tej książki. Znajdziemy tam też kilka z opisami konkretnych ćwiczeń, które powinniśmy wykonywać, bo móc osiągnąć zaplanowane cele, jak mamy wykorzystać swój Twórczy Umysł do intelektualnej stymulacji i jak rozwijać w sobie zdolność koncentracji.
Książka Sweetlanda jest bezcenna, gdyż przedstawia bardzo interesujące podejście do możliwości oddziaływania na nasze życie poprzez wpływ na podświadomość, pokazuje, jak używać własnej podświadomości, gdy śpicie, aby osiągnąć to, czego chce się od życia. Po przeczytaniu tej pozycji na własne życzenie będziecie mogli używać swojego twórczego umysłu do rozwiązywania codziennych problemów, podejmowania właściwych decyzji i znajdowania sposobów na osiągnięcie swoich celów, także na osiągnięcie niezależności finansowej, o której wspomniałem już na wstępie.
Ze wszystkimi wspomnianymi informacjami i bardzo wielu innymi głębszymi wiadomościami i praktycznymi wskazówkami osiągania swych celów możecie się zapoznać podczas lektury tej znakomitej książki.
Marek Grabowski
Dziś chcę się podzielić moją ogromną radością, która mnie przepełnia od kilku dni. Jest to ściśle związane z tym , że komponuję i gram muzykę, że tworzę ją z potrzeby serca i dla własnej satysfakcji i poczucia robienia czegoś ważnego i potrzebnego w życiu. Potrzebnego być może i mam nadzieję nie tylko dla mnie i że w ten sposób mogę dać coś także innym.
Zadecydowałem niegdyś, jeszcze w nastoletniej młodości, iż będę tworzył muzykę osobistą, że moja muzyka nie będzie aspirować do stawania się przebojami ani nawet muzyką znaną tzw. szerokiemu odbiorcy. Wymyśliłem, że prawdopodobnie nagrodą za ten twórczy wysiłek będzie uznanie nielicznych słuchaczy i moja świadomość ich wzruszeń podczas spotkań z moją sztuką.
Wszystko fajnie i przyjemnie jest być muzykiem niszowym, ale jednak jakiś widomy znak docierania do słuchaczy spoza wąskiego kręgu „wybrańców”, jakim jest sprzedaż płyty, jest także, jak się okazuje, niezwykle inspirujący i mobilizujący muzyka amatora, którym wszak jestem. Nie pozostaje także w sprzeczności z charakterem mojej muzyki, która nie jest prostym hitem.
Udało mi się sprzedać pojedyncze egzemplarze mojego debiutanckiego albumu i to zarówno w wersji mp3 ze strony SoundPark, jak i w postaci normalnej płyty CD.
Nie muszę chyba szczegółowo opisywać, jaka to niesamowita radość, że znalazły się osoby chcące zainwestować w pełną wersję mojego albumu i że niewielkie darmowe fragmenty utworów były w stanie ich przekonać do zakupu pełnego zestawu. Więcej o moich przemyśleniach związanych z muzyką, o towarzyszących jej emocjach i garść porad technicznych, można przeczytać na moim muzycznym blogu, do lektury którego serdecznie zapraszam!
Sądzę, że niewiele jest na świecie rzeczy, które mogą równie intensywnie stymulować muzyka do dalszej twórczości jak pozytywny odbiór jego starań!
Pozdrawiam serdecznie
Marek Grabowski
Komponuję, gram, nagrywam i co…
Zdecydowałem kiedyś na początku, że będę komponować i grać wyłącznie dla siebie, że moja muzyka nie będzie aspirować do list przebojów ani kolorowych magazynów o popkulturze. Że prawdopodobnie moją jedyną nagrodą za ten twórczy wysiłek będzie świadomość dawania innym wzruszeń i przeżyć estetycznych, a realnym wynagrodzeniem będzie jedynie dziękuję lub wyrazy wzruszenia po spotkaniu z moją sztuką.
Wszystko fajnie, ale wszak by istniały te dowody i by móc nieść innym swe przeżycia zamknięte w dźwięku, muszę z tą muzyką gdzieś wyjść na szerokie wody, muszę ją pokazać możliwie największej liczbie osób, być może choć niektóre z utworów zdobędą uznanie…
Zagrałem zatem kilka koncertów w ramach różnych zbiorowych imprez i dwa recitale solo na deskach warszawskiego teatru Ateneum. Odbiór publiczności był dla mnie nadspodziewanie dobry, po występach spotykałem się z wyrazami uznania i szczerego przeżycia moich utworów, ale przecież zawsze takie występy odbywają się jedynie dla pewnej ograniczonej liczby osób, a mnie wszak chodzi o dotarcie z moją muzyką do możliwie największej liczby słuchaczy.
Nie zaistnieję w radiu, prawdopodobnie nie uda mi się wydać płyty nakładem wydawnictwa płytowego, nie będę grać dużych koncertów itd. Moja muzyka jest za bardzo niszowa, za bardzo osobista i przez to nie ma szans stać się popularna. I bardzo dobrze!!!
Taka miała być i taka chcę by zawsze była!!!
I tu po raz kolejny doznałem olśnienia i wsparcia ze strony najnowszych zdobyczy technologicznych…
Ale przecież istnieje Internet!!!
Tu zaistnieć może każdy, tu można pokazać się nieograniczonej liczbie osób za pomocą skromnych inwestycji, bardziej liczy się tu pomysł niż zasoby finansowe przeznaczone na promocję, na którą i tak nie mogę liczyć z powodów jak wyżej. Idąc tym genialnym tropem, założyłem kilka stron o różnym charakterze, powiązanych ze sobą linkami i traktujących o moich kompozycjach. I tak główną moją stroną „domową” w kontekście muzyki jest strona o adresie http://e-grabek.pl/ , mój „muzyczny” blog, piszę i publikuję pod adresem http://mamuza.pl/ , a także zapraszam do odwiedzin na „obowiązkowym Facebooku: http://www.facebook.com/pages/Marek-e-grabek-Grabowski/183763811653060
No i jeszcze jedna, wręcz idealna dla mnie inicjatywa internetowa, którą opiszę niedługo. Chcę ją polecić każdemu podobnemu do mnie twórcy niszowemu, który też nie ma szans na oficjalną dyskografię, w ten sposób może samodzielnie w sieci prezentować swoje kolejne albumy. Moją stronę na SoundParku znajdziecie tam pod adresem: http://www.soundpark.pl/marek-grabowski/
Chcę też jeszcze zamieścić wpis o sobie w Wikipedii, a także wgrać też coś na Youtube i w ten sposób na dzień dzisiejszy chyba już będzie o mnie „słychać” we wszystkich najważniejszych zakamarkach Internetu….
Jednym słowem, moi mili, to właśnie sieć staje się dla muzyków niszowych i awangardowych praktycznie jedynym i jednocześnie bardzo skutecznym sposobem autopromocji i dotarcia ze swymi propozycjami do wszystkich, którzy choć tylko od czasu do czasu bywają online, a jak wszyscy wiemy, tych gwałtownie cały czas przybywa…
Do zobaczenia w sieci!
Marek Grabowski
Czym jest dla mnie Internet i jak mogę z niego skorzystać? Odpowiedź na takie (wydawałoby się) proste pytanie już nie jest tak prosta,.
Internet jest ogromnym workiem, swoistym śmietnikiem, w którym znajduje się milion rożnych informacji (czasem zupełnie niepotrzebnych) na milion tematów i w setkach różnych języków. Jest tam np. mnóstwo przeróżnej muzyki w mp3 i filmów (głownie porno) oraz takich osobistych bełkotów i ekshibicjonistycznych bredni jak ten czy inne podobne blogi na całym świecie.
Ale chyba najistotniejszą sprawą dla mnie i dla wielu innych niepełnosprawnych zatrudnionych w naszych fundacjach (a pewnie nie tylko w Polsce) jest to, że dzięki niemu po kilku latach bezskutecznego poszukiwania pracy wreszcie mogliśmy znaleźć pracodawcę, który postawił na nasze umiejętności i sumienność, a nie wyłącznie na „bieganie do roboty” codziennie i we wszystkie pory roku. Błogosławionym darem Internetu jest zatem telepraca i to także dzięki niej niepełnosprawni mogą pracować i przeżyć najprawdziwszą rehabilitację społeczną, mogą czuć się aktywni i potrzebni, a prócz tego choć troszkę dorobić do głodowych polskich rent…
Drugą ważną sprawą jest np. to, że mogą obejrzeć ciekawą wystawę dajmy na to w Paryżu czy Nowym Jorku, na którą realnie z pewnością by się nie wybrali, a dzięki sieci mogą ją w każdej chwili dokładnie zwiedzić w towarzystwie wirtualnego przewodnika.
W sieci nie ma granic, nie ma odległości, przeszkód, jedyną barierą może być brak znajomości języków, ale i on dzięki translatorowi Google’a i innym tego typu, traci swe znaczenie. Jest to po prostu sposób bycia osoby niemogącej być tam fizycznie, we wszystkich praktycznie miejscach, niemalże natychmiast. Zobaczą dzięki niemu to, czego z pewnością by nie zobaczyli w „realu”.
Do tego mogą także nawiązać znajomość z osobami z całego świata (znów jedynie bariera językowa) i później, przy obopólnej akceptacji, mogą starać się je kontynuować w rzeczywistym świecie telefonów i spotkań. Może być to sposób na nawiązanie ciekawych znajomości, przyjaźni czy nawet miłości. Dla niepełnosprawnych, a może nawet głównie dla nich, jest to unikatowa szansa na to!
Reasumując, to właśnie Internet stwarza nam te wyjątkowe szanse pracy i życia społecznego, przebywania w różnych miejscach, zwiedzania, nawiązania kontaktów itd. nam – ludziom, dla których tzw. normalne drogi uczestnictwa w tych wszystkich aspektach życia są zamknięte mniej lub bardziej i o których tak często zapomina sprawna część społeczeństwa.
Do zobaczenia w cyberprzestrzeni…
Marek Grabowski



