okładka książki Odrodzenie FeniksaMuszę się przyznać, że do niedawna miałem ze sobą spory problem. Bo niby wszystko było ładnie, niby wszystko pięknie, interesuję się rozwojem osobistym, chcę i próbuję pracować nad sobą i swym duchowym samodoskonaleniem, niby sporo wiem o różnych dziedzinach wiedzy związanej z samorozwojem itd., itp., ale jednak…  Ale jednak wciąż nie mogłem czy nie umiałem uruchomić i wykorzystać całego potencjału, który, byłem pewien, drzemie we mnie i jest w stanie „przenieść góry”, gdy tylko nauczę się z jego pomocy właściwie skorzystać.

Taki był mój problem.

Był…

Szczęśliwie, udało mi się w porę go dostrzec, rozpoznałem go w ogólnym zarysie i zacząłem szukać. Zacząłem szukać, gdzie jest przyczyna tej niemożności i uwięzienia w tym „prawie”, „o mały włos”…

Jakoś tak intuicyjnie odrzuciłem wszelkie, nazwijmy to, paranormalne wyjaśnienia tego stanu rzeczy, odrzuciłem myśli o złym fatum i innych nadprzyrodzonych ograniczeniach swego twórczego potencjału i zwróciłem się w stronę psychologii, a zwłaszcza jednego z jej kierunków, istniejącego od dawnych wieków i przeżywającego wielkie odrodzenie w dzisiejszych czasach, coraz trudniejszych z punktu widzenia psychologii.

Zainteresowałem się zagadnieniem motywacji, zacząłem szukać wiadomości, jak skutecznie wyznaczyć i następnie, idąc tym tropem, osiągnąć wyznaczone cele.

Jeśli i Tobie czasem, a tym bardziej często, wydaje się, że coś się przeciw Tobie sprzysięgło, że znów „o mały włos” wreszcie byś osiągnął/osiągnęła znaczący sukces, czy że znów się „prawie” udało, to chętnie podzielę się z Tobą jednym ze swoich ważnych odkryć w na ten temat.

To odkrycie to po prostu świetna książka. Napisana przez wybitnego polskiego specjalistę w dziedzinie motywacji, Nikodema Marszałka, który para się tą dziedziną już wiele lat, a swą wiedzę na ten temat zdobywał i konsultował u najwybitniejszych autorytetów technik motywacyjnych na świecie. Publikacja nawet nosi tytuł, który przekazuje dokładnie jej treść i podstawową myśl. Brzmi on po prostu: „Odrodzenie Feniksa”. Tytuł ma także rozwinięcie wydrukowane poniżej, na okładce, które także świetnie streszcza treść książki: „Poznaj sekrety zwykłych ludzi, którzy osiągają niezwykłe rezultaty i uwolnij śpiącego w Tobie olbrzyma” i także znakomicie przekazuje to, co jest zawarte w treści.

Z pierwszej części publikacji dowiesz się między innymi, jakie są prawa zdobywania wyznaczonych celów, jak ważne w nauce wpływania na własne życie są nastawienie, postawa i wizualizacje i jak istotny jest przy tym własny wizerunek, jego kształtowanie i robienie koniecznych w nim zmian. W drugiej części książki autor opisuje konkretne techniki osiągania celów i rolę nadświadomości i podświadomości w procesie oczekiwanej zmiany jakości życia. Pojęcie „podświadomość” z pewnością nie jest Ci nieznane i zapewne wiesz już, że jest to największa siła psychiczna, która praktycznie całościowo, choć nieświadomie, kontroluje, kim jesteś i jak wygląda Twoje życie.

Nie chcę powiedzieć, źe dzięki tej książce nie stałem się nagle „piękny, młody i bogaty”, ale dowiedziałem się dokładnie. czym są te krępujące mnie kule u nóg, ktoś mi wreszcie przekonująco powiedział, skąd się wzięły i jak mimo woli wciąż je bardziej do moich nóg przymocowuję. Mam także nadzieję, że dzięki owej wiedzy uwolnię się od tych przeszkód, odrodzę w sobie Feniksa i dogadam się choć trochę z podświadomością, która w rezultacie pozwoli mi osiągnąć coś dla mnie istotnego.

Jeśli i Ty czujesz, że krępują Cię jakieś nienazwane i niewidzialne więzy i też brakuje Ci często tego przysłowiowego „małego włosa”, by wreszcie wypłynąć na szerokie wody, to chcę niniejszym Ci powiedzieć, że opisywana książka jest świetną pomocą w zerwaniu tych kajdan. Wiadomo że dostrzec i zdefiniować wroga to już połowa drogi do zwycięstwa nad nim, a ta publikacja wszechstronnie i dokładnie przestawia nasze ograniczenia. Nazywa te rzeczy po imieniu i nie pozostawia żadnych złudzeń!

Dla porządku dodam także, że wydało ją w 2008 roku Wydawnictwo Złote Myśli, które publikuje bardzo dużo książek na tematy związane z rozwojem osobistym i z osiąganiem sukcesu wszechstronnie rozumianego.

Marek

Share

Ostatnio w pociągach Szybkiej Kolei Miejskiej i Kolei Mazowieckich bardzo często zdarzają się kontrole biletów. Czasami jest nawet tak, że jednego dnia jestem „sprawdzany” i dwa razy. Najzabawniejsze jest jednak to, że niektórzy pasażerowie są rozpoznawani przez kontrolerów, którzy widząc ich uśmiechają się pod nosem, co oznacza, że bilet nie musi być nawet wyciągany z torby czy innego portfela. Zastanawiam się nad tym, czy aby te wzmożone kontrole nie doprowadzą do tego, że za jakiś czas nikt nie będzie musiał być sprawdzany przez Panów Kontrolerów, bo doskonale będą oni wiedzieć, że ten czy tamten na pewno bilet ma. A jak ktoś nie będzie miał biletu, kontroler ziewnie zniesmaczony i powie „co poradzić, muszę pana spisać, przepraszam, ale taką już mam robotę”. ?

Share

W piątek i w sobotę pogoda była rewelacyjna. Cieplutko, miło, słoneczko itd. Wczoraj wyleciałem z domu jak z procy i nie zwróciłem na początku uwagi, że wieje jak diabli, jest zimno i narzucić trzeba jakieś zimowe wdzianko. Dopiero, gdy wysiadłem z metra na Wierzbnie dotarło do mnie, że jest naprawdę zimowo. Zaznaczam, że wcześniej musiałem dojechać tramwajem do centrum (z przygodami, a jakże), potem dopiero metrem itd. Kiedy zorientowałem się, że jest naprawdę zimno było już ździebko za późno. Wracając do domu szczękałem zębami z zimna i złości, że nie spojrzałem wcześniej na termometr. A było już tak pięknie. Wiosna, wiosna i po świętach. ?

Share

Nie można uprawiać sztuki bez poświęcenia. Jest ono według mnie nierozłączne od poważnej sztuki. Truman Capote w „Muzyce dla kameleonów” pisze o literaturze, jako o dziedzinie, która każdemu zajmującemu się nią na poważnie z każdym kolejnym krokiem stawia przeszkody, które z czasem zmieniają pisarza nieodwracalnie.

Kim jest w takim razie pisarz? Pisarz, to ktoś, kto cały czas jest gotowy na zmianę. Więcej – czeka na tę zmianę i na każdy rodzaj jej przejawu jest wyczulony jak mało kto. „Zmiana” jest jednym z kluczowych pojęć, jakie według mnie przynależą do pisarza jako artysty. Pisarz nienawidzi stania w miejscu. Pożąda wręcz odmienności, bez względu na to, czy jest to odmienność miejsca geograficznego, czy odmienność stanów jego wnętrza.

Share

8 marca – Dzień Kobiet. Sto lat, sto lat i w ogóle. Wszystkiego najlepszego i pociechy z facetów przede wszystkim.

Kobitki to temat rzeka – nadawałby się na powieść co najmniej. A może i na trylogię. Jeżeli chodzi o mnie, to już od wielu lat odpuściłem sobie to zagadnienie. Starzeję się i coraz bardziej zaczynam sobie cenić święty spokój. Żadnych wzlotów emocjonalnych, ale także żadnych upadków. Tak mi jest dobrze i niech tak zostanie. No nie wiem co musiałoby się stać, żebym zrezygnował ze swojego singlowania.

Ostatnio też, ostatnimi dwoma tygodniami odpuściłem sobie także ze studiami. Nie wiem, jestem zmęczony i potrzebuję tak zwanego nic nie-robienia.

Co dziwne, ale ostatnie tygodnie to także czas mojego odpuszczenia sobie z pisaniem i nawet z książkami. Nie czytam i jakoś jest mi z tym nie wyraźnie.

 

Share

Zazwyczaj najmniejszym pomieszczeniem w mieszkaniu czy domu (pomijając łazienkę i toaletę) jest kuchnia. Pamiętam, że wszystkie studenckie imprezy zawsze kończyły się w kuchni, gdzie w powietrze wylatywały niczym eksplodujące granaty zwierzenia, miłosne wyznania i pierwsze egzystencjalne bolączki. Kuchnia poza tym zawsze nęci zapachami posiłków, lodóweczką i w ogóle nastrojem domowym.

U nas w fundacji, w najmniejszym pomieszczeniu urzęduję ja i dwie koleżanki. Na trzy osoby to miejsce jest w sam raz, ale na więcej już nie. W każdym razie nasze miejsce pracy też – tak jak kuchnia – jest dosyć małe, ale za to bardzo, bardzo przytulne i miłe. Każdy z naszych kolegów i koleżanek co najmniej raz dziennie tu zagląda, a to coś powiedzieć, pogadać, zlecić, czy chociażby poplotkować.

Najlepiej jest w dni zebrań, kiedy do fundacji przyjeżdża naprawdę sporo osób. Nie wiem jakim cudem, ale wtedy właśnie zamiast trzech czy czterech osób mieści się w naszej kańciapce tych osób cokolwiek więcej. Pamiętam taką anegdotkę, którą w takich okazjach zawsze opowiada mój tata. Za czasów wojskowych podobno do Fiata126P mojego ojca wlazło sześć czy nawet siedem osób – i to chłopów wielkich jak ta lala, wielkich jako te dęby.

W każdym razie nasz pokój jest fajny, bo jest mały i pojemny, jak widać. Tyle na dzisiaj.

 

Share

Muzyka jest potężną siłą oddziałującą na nasz stan psychofizyczny. To chyba jest w dzisiejszych czasach oczywiste i nie muszę nikogo przekonywać, że to słuszne stwierdzenie.

To pewnik…

A znów gatunek, rodzaj  muzyki, którego się słucha, mówi niemal wszystko o tym, kim się jest i to właśnie te ulubione zestawienia dźwięków tworzą w ogromnej mierze naszą świadomość, sposób postrzegania zjawisk w życiu i sposoby na nie reagowania.
Z tych zdań wynika, jak sądzę, to, że trzeba być  bardzo ostrożnym, dokonując wyboru muzyki, ponieważ może ona albo zbudować pozytywny nastrój, totalnie zdołować, popchnąć do bardzo pozytywnych czynów dla dobra nas samych i innych lub wręcz przeciwnie: spowodować działania złe, agresywne, wręcz haniebne.

W niemal wszystkich gatunkach muzyki są artyści, którzy przekazują te dobre, budujące nas emocje i tacy, którzy przekazują treści destrukcyjne, pełne agresji i nienawiści. Są również i ci, którzy swą muzyką skłaniają nas jedynie do stagnacji, bierności i obojętności. Zatem rodzaj muzyki, który się wybierze, może pomóc określić zakres naszych działań, a nawet i w pewnym sensie zakres sukcesu, jaki się osiągnie w życiu.

Zgodnie z najnowszymi teoriami psychologicznymi, które opierają się na pradawnej wiedzy, częstokroć jeszcze nieuznawanej przez oficjalną naukę, myśląc negatywni,e przyciągamy negatywne wydarzenia do naszego życia, a poprzez pozytywne myślenie i nastawienie do życia przyciągamy zdarzenia pożądane, te „dobre”. Wnioskuję także z tego, że życiowe szanse, okazje i ogólnie prawdopodobieństwo lepszego życia częściej pojawia się u optymistów, a więc u osób słuchających muzyki niosącej piękno i pozytywne emocje.

Nie chodzi mi o to, że zachęcam do słuchania wesołkowatej muzyki weselnej lub innych głupawych discomłotów, ale raczej do szukania spokojnego i wyszukanego piękna i zrównoważonych emocji, które można wszak znaleźć w niemal każdym gatunku.

Jeśli dotąd Cię nie przekonałem i myślisz może, że to w Twoim przypadku nie działa, musisz sobie uświadomić, że wszystkie działania, które czynisz, są poprzedzone jakąś Twoją myślą. Jak wynika z biologii, z budowy i działania ludzkiego organizmu, każdy nasz czyn jest sterowany przez mózg, a tenże mózg, tworzący także świadomość, jest w pewnym określonym stanie. Nawet działania, reakcje podświadome czy odruchowe także są inicjowane przez układ nerwowy, który jest w stanie uspokojenia lub pobudzenia.

A na ten stan mamy w ogromnej mierze świadomy wpływ i możemy go niejako sterować i programować poprzez rodzaj odczuwanych emocji. A jak wykazałem wcześniej, te emocje możemy w bardzo dużym stopniu kształtować obcowaniem ze sztuką, pięknem lub wręcz przeciwnie z brzydotą, słowem: kształtować także muzyką i to w ogromnym zakresie!

Marek Grabowski

Share

Myślałem, że wiosna już tuż tuż. Aż tu nagle….śniegi syberyjskie. Warszawa zasypana, Miedzeszyn zasypany…a pociągi tylko czasem przyjeżdżają punktualnie.

Moja babcia zawsze, kiedy mówiła o pewnym typie człowieka (zarówno kobiety jak i mężczyzny), mawiała: „typ syberyjski”. „Typ syberyjski” to taki ktoś, z kim nie łatwo, oj nie łatwo. „Typ syberyjski” zawsze ma swoje zdanie – w taki sposób je wyraża, że nie sposób się nie zgodzić (ze strachu, że zaraz nakryjemy się nogami, obaleni na ziemię przez „typ syberyjski”). „Typ syberyjski” jak się przy czymś uprze, to nic nie będzie w stanie go od tego odwieść. „Typ syberyjski” nawet jak nie ma racji, to i tak ma rację. Z „typem syberyjskim” się nie dyskutuje, bo wiadomo co. „Typ syberyjski” zawsze jest osobnikiem atrakcyjnym dla płci przeciwnej. Kobitka dla facetów, a facet dla kobitek.

I tutaj pojawia się moje pytanie: dlaczego „typ syberyjski” zawsze się podoba. Siła charakteru – to raz. Dwa: pewnego rodzaju szlachetność – „typ syberyjski” zawsze jest osobnikiem, który sam do gęby nie weźmie, tylko niczym Janosik odda bardziej potrzebującemu. „Typ syberyjski” nawet, jeśli robi coś, mówiąc ogólnie „nie w zgodzie” to i tak jest w tym zaangażowanie graniczące z cnotą. Trzy: „typ syberyjski” zawsze jest bardziej emocjonalny niż intelektualny (ew. emocjonalna bardziej niż intelektualna) i pewnie przez to bardziej wiarygodny niż „typ nie-syberyjski”. Zawsze bardziej wierzymy jednak emocjom niż intelektowi (emocje są spontaniczne, a intelekt bardziej „dopracowany”). Cztery: „typ syberyjski” w jakiś niewysławialny sposób zawsze budzi lęk, trwogę i nawet strach. Dlaczego? Bo „typ syberyjski” przeraża nigdy nie zwalniającą prędkością życia. Taki jest właśnie „typ syberyjski”.

Pytanie: czy „typowi syberyjskiemu” lepiej się żyje w warunkach, które dzisiaj zaczęły nas otaczać? Tego nie wiem. Wiem jednak, że śniegi syberyjskie, które dzisiaj od rana lecą nam wszystkim na głowy nikomu się nie podobają. Jakby w przeciwieństwie do „typu syberyjskiego”. Śniegi syberyjskie i „typ syberyjski” więc często mogą się wykluczać. „Typ syberyjski” – tak, śniegi syberyjskie – nie. Jedno i drugie swoje prapoczątki ma na Syberii. Dlaczego więc człowiek Syberii nam się podoba, ale już warunki, w jakich żył niby pierwotnie, nie? Warunki, w jakich człowiek żyje, kształtują tego człowieka.

Często efekt końcowy podoba się nam jak diabli, ale droga, jaka do niego prowadziła już nie za bardzo. I tutaj ujawnia się pewna cecha, która dotyczy jednak chyba większości z nas. Bardzo chcielibyśmy coś mieć, jednak już nie tak bardzo mamy siłę czy nawet odwagę, żeby po to sięgnąć (tym samym: wykonać pewien wysiłek, żeby jednak to coś dostać) – nie stać nas po prostu na to, żeby całą karczemną drogę przebyć, by dopiero na samym jej końcu znaleźć to, czego tak bardzo pragniemy. Dlaczego o tym piszę i dlaczego właściwie cały ten tekst?

Może śniegi syberyjskie, przez które ostatnio zdążamy w różne miejsca mają ukryte w sobie jakieś głębsze przesłanie. Może warto przebijać się przez nie różnymi środkami lokomocji, bo a nuż czeka na nas za nimi jakaś wiosenna nagroda – tylko nasz, i własny „typ syberyjski”. Pogody ducha w takim razie życzę w te zimowe dni, w zaspy bogate i pełne oblodzonych chodników.

Share

Życie osoby niepełnosprawnej w Polsce usłane jest różami, z tym zastrzeżeniem, że róże sterczą kolcami, niczym palisada wioski ludożerców, a płatki służą jedynie do ubarwienia pełnego hipokryzji sielskiego obrazka.

Weźmy przykład pierwszy z brzegu, czyli mój. Kiedy 5 lat temu stałem się jednonogiem,  nastąpiła biurokratyczna konieczność ustalenia stopnia mojej niepełnosprawności. W tym celu wysłałem dokumentację medyczną do odpowiednich instytucji. (Celowo nie wymieniam ich długich nazw, ograniczę się jedynie do oczywistego spostrzeżenia, że im dłuższa nazwa, tym większy stopień zbiurokratyzowania i niekompetencji – zapomniane prawo Parkinsona).

Dość powiedzieć, że w końcu przysłano mi orzeczenie o stopniu niepełnosprawności znacznym… warunkowo na dwa lata. Pamiętam, kiedy czytałem to pisemko opatrzone licznymi pieczęciami, przypomniała mi się reakcja niejakiego Stopy Lichodiejewa z „Mistrza i Małgorzaty’, który na widok kota wypijającego kieliszek wódki i zakąszającego grzybkiem, bez czucia osunął się na ziemię drapiąc bezwiednie futrynę. Ze mną nie było aż tak źle, niemniej usłyszałem za uszami diabelski chichocik: „Witamy w świecie absurdu”.

Postanowiłem walczyć z demonami biurokracji i wysłałem zjadliwe pisemko do medycznych urzędasów, pytając, czy uważają, że jestem jaszczurką, której odrasta utracony ogon? Zignorowano te kwestię, uznając widocznie, że jednak jaszczurem nie jestem i orzeczono „dożywocie”. Myślałem, że moje potyczki z biurokracją na tym się zakończą. O, nie szanowna gawiedzi,  o , nie!

Pewna fundacja, która każdego niepełnosprawnego zapewnia, że „nie jesteś sam”, kiedy zwróciłem się do niej o pomoc przy zgromadzeniu środków na zakup protezy, poprosiła o komplet niezbędnych dokumentów. Wysłałem je więc z papierami „operacyjnymi” ze szpitala na czele. Fundacji profesjonalny raport o amputacji nogi nie zadowolił. Zażądała, by pan Kołodziejski dostarczył zaświadczenie od lekarza pierwszego kontaktu, że wyżej wzmiankowanej nogi nie posiada. Co było  robić. Pan K. udał się do przesympatycznego Pana Doktora i rumieniąc się ze wstydu wyłuszczył mu swój problem. Lekarza, który większość życia spędził w PRL-u i z niejednym absurdem miał do czynienia, prośba ta wcale nie zdziwiła.

Z głębokim westchnieniem wypełnił urzędowy druczek, mamrocząc coś pod nosem o nieograniczoności miłosierdzia boskiego i głupoty ludzkiej. W ten oto dosyć skomplikowany i czasochłonny sposób udowodniłem, że jednak jaszczurką nie jestem. Nawiasem mówiąc, to zaświadczenie zdało się psu na budę, gdyż fundacja zapowiedziała,  że,  i owszem, dorzuci mi co nieco, jeśli przedstawię jej na piśmie zaświadczenie, że zgromadziłem  już 80% wymaganej sumy.  Spadam więc gromadzić środki, jak mówili w wojsku, „czołganiem przez pełzanie”, co jest  przecież ulubionym sposobem poruszania się jaszczurki.

Andrzej Kołodziejski

Share

Dzisiaj Drogie Dzieci będzie słów kilka o przyjaźni. Nie będę definiował przyjaźni, bo sam nie mam takiej definicji. Albo jest przyjaźń między ludźmi, albo jej nie ma. Proste jak drut, no nie? Pewnie niektórym z Was trudno będzie to zrozumieć, ale Przyjaźń o wiele więcej warta jest niż nawet najmiłośniejszy związek damsko-męski. Tak też po prostu jest.

Przyjaźń jest wieczna – jeżeli jest prawdziwa. Kiedy przerodzi się w miłość to już w ogóle super, bo wtedy ta druga (znaczy miłość) zbudowana jest na czymś piekielnie trwałym. Jeżeli macie przyjaciół pomyślcie, że jesteście szczęśliwymi ludźmi, naprawdę. Kiedy w życiu nie ma przyjaźni jest naprawdę krucho.

Kiedy jednak jest ktoś, kto zawsze wesprze Was swoją obecnością chociażby (która często o wiele więcej znaczy niż najpiękniejsze słowa!) jest poczucie bezpieczeństwa i trwałości, które znaczą bardzo, bardzo dużo. Przyjaźń zatem jest według mnie bardzo ważna. Jeżeli nie mamy jej w swoim życiu czy tak czy siak jesteśmy sami.

Podobno człowiek zawsze jest sam – tak mówią. To prawda, ale tylko do pewnego stopnia. Jesteśmy sami zawsze wobec spraw ostatecznych. Poza nimi jednak jest bardzo dużo takich miejsc w życiu, kiedy obecność przyjaciół jest wręcz niezbędna, by móc dalej oddychać.

Niektórzy mają ich wielu, niektórzy tylko jednego. Zawsze jednak są oni kamieniami węgielnymi, o których nigdy nie wolno zapominać. Jeśli ktoś nie ma choć jednego przyjaciela, zbudował konstrukcję bez węgielnego kamienia.

Przyjaźń znaczy więcej niż moglibyśmy przypuszczać.

Share
Stats
  • Total Stats
    • 6 Authors
    • 69 Posts
    • 0 Tags
    • 0 Comments
    • 7 Links
  • 10 Most Commented Posts
    • N/A