Muzyka jest potężną siłą oddziałującą na nasz stan psychofizyczny. To chyba jest w dzisiejszych czasach oczywiste i nie muszę nikogo przekonywać, że to słuszne stwierdzenie.

To pewnik…

A znów gatunek, rodzaj  muzyki, którego się słucha, mówi niemal wszystko o tym, kim się jest i to właśnie te ulubione zestawienia dźwięków tworzą w ogromnej mierze naszą świadomość, sposób postrzegania zjawisk w życiu i sposoby na nie reagowania.
Z tych zdań wynika, jak sądzę, to, że trzeba być  bardzo ostrożnym, dokonując wyboru muzyki, ponieważ może ona albo zbudować pozytywny nastrój, totalnie zdołować, popchnąć do bardzo pozytywnych czynów dla dobra nas samych i innych lub wręcz przeciwnie: spowodować działania złe, agresywne, wręcz haniebne.

W niemal wszystkich gatunkach muzyki są artyści, którzy przekazują te dobre, budujące nas emocje i tacy, którzy przekazują treści destrukcyjne, pełne agresji i nienawiści. Są również i ci, którzy swą muzyką skłaniają nas jedynie do stagnacji, bierności i obojętności. Zatem rodzaj muzyki, który się wybierze, może pomóc określić zakres naszych działań, a nawet i w pewnym sensie zakres sukcesu, jaki się osiągnie w życiu.

Zgodnie z najnowszymi teoriami psychologicznymi, które opierają się na pradawnej wiedzy, częstokroć jeszcze nieuznawanej przez oficjalną naukę, myśląc negatywni,e przyciągamy negatywne wydarzenia do naszego życia, a poprzez pozytywne myślenie i nastawienie do życia przyciągamy zdarzenia pożądane, te „dobre”. Wnioskuję także z tego, że życiowe szanse, okazje i ogólnie prawdopodobieństwo lepszego życia częściej pojawia się u optymistów, a więc u osób słuchających muzyki niosącej piękno i pozytywne emocje.

Nie chodzi mi o to, że zachęcam do słuchania wesołkowatej muzyki weselnej lub innych głupawych discomłotów, ale raczej do szukania spokojnego i wyszukanego piękna i zrównoważonych emocji, które można wszak znaleźć w niemal każdym gatunku.

Jeśli dotąd Cię nie przekonałem i myślisz może, że to w Twoim przypadku nie działa, musisz sobie uświadomić, że wszystkie działania, które czynisz, są poprzedzone jakąś Twoją myślą. Jak wynika z biologii, z budowy i działania ludzkiego organizmu, każdy nasz czyn jest sterowany przez mózg, a tenże mózg, tworzący także świadomość, jest w pewnym określonym stanie. Nawet działania, reakcje podświadome czy odruchowe także są inicjowane przez układ nerwowy, który jest w stanie uspokojenia lub pobudzenia.

A na ten stan mamy w ogromnej mierze świadomy wpływ i możemy go niejako sterować i programować poprzez rodzaj odczuwanych emocji. A jak wykazałem wcześniej, te emocje możemy w bardzo dużym stopniu kształtować obcowaniem ze sztuką, pięknem lub wręcz przeciwnie z brzydotą, słowem: kształtować także muzyką i to w ogromnym zakresie!

Marek Grabowski

Share

Myślałem, że wiosna już tuż tuż. Aż tu nagle….śniegi syberyjskie. Warszawa zasypana, Miedzeszyn zasypany…a pociągi tylko czasem przyjeżdżają punktualnie.

Moja babcia zawsze, kiedy mówiła o pewnym typie człowieka (zarówno kobiety jak i mężczyzny), mawiała: „typ syberyjski”. „Typ syberyjski” to taki ktoś, z kim nie łatwo, oj nie łatwo. „Typ syberyjski” zawsze ma swoje zdanie – w taki sposób je wyraża, że nie sposób się nie zgodzić (ze strachu, że zaraz nakryjemy się nogami, obaleni na ziemię przez „typ syberyjski”). „Typ syberyjski” jak się przy czymś uprze, to nic nie będzie w stanie go od tego odwieść. „Typ syberyjski” nawet jak nie ma racji, to i tak ma rację. Z „typem syberyjskim” się nie dyskutuje, bo wiadomo co. „Typ syberyjski” zawsze jest osobnikiem atrakcyjnym dla płci przeciwnej. Kobitka dla facetów, a facet dla kobitek.

I tutaj pojawia się moje pytanie: dlaczego „typ syberyjski” zawsze się podoba. Siła charakteru – to raz. Dwa: pewnego rodzaju szlachetność – „typ syberyjski” zawsze jest osobnikiem, który sam do gęby nie weźmie, tylko niczym Janosik odda bardziej potrzebującemu. „Typ syberyjski” nawet, jeśli robi coś, mówiąc ogólnie „nie w zgodzie” to i tak jest w tym zaangażowanie graniczące z cnotą. Trzy: „typ syberyjski” zawsze jest bardziej emocjonalny niż intelektualny (ew. emocjonalna bardziej niż intelektualna) i pewnie przez to bardziej wiarygodny niż „typ nie-syberyjski”. Zawsze bardziej wierzymy jednak emocjom niż intelektowi (emocje są spontaniczne, a intelekt bardziej „dopracowany”). Cztery: „typ syberyjski” w jakiś niewysławialny sposób zawsze budzi lęk, trwogę i nawet strach. Dlaczego? Bo „typ syberyjski” przeraża nigdy nie zwalniającą prędkością życia. Taki jest właśnie „typ syberyjski”.

Pytanie: czy „typowi syberyjskiemu” lepiej się żyje w warunkach, które dzisiaj zaczęły nas otaczać? Tego nie wiem. Wiem jednak, że śniegi syberyjskie, które dzisiaj od rana lecą nam wszystkim na głowy nikomu się nie podobają. Jakby w przeciwieństwie do „typu syberyjskiego”. Śniegi syberyjskie i „typ syberyjski” więc często mogą się wykluczać. „Typ syberyjski” – tak, śniegi syberyjskie – nie. Jedno i drugie swoje prapoczątki ma na Syberii. Dlaczego więc człowiek Syberii nam się podoba, ale już warunki, w jakich żył niby pierwotnie, nie? Warunki, w jakich człowiek żyje, kształtują tego człowieka.

Często efekt końcowy podoba się nam jak diabli, ale droga, jaka do niego prowadziła już nie za bardzo. I tutaj ujawnia się pewna cecha, która dotyczy jednak chyba większości z nas. Bardzo chcielibyśmy coś mieć, jednak już nie tak bardzo mamy siłę czy nawet odwagę, żeby po to sięgnąć (tym samym: wykonać pewien wysiłek, żeby jednak to coś dostać) – nie stać nas po prostu na to, żeby całą karczemną drogę przebyć, by dopiero na samym jej końcu znaleźć to, czego tak bardzo pragniemy. Dlaczego o tym piszę i dlaczego właściwie cały ten tekst?

Może śniegi syberyjskie, przez które ostatnio zdążamy w różne miejsca mają ukryte w sobie jakieś głębsze przesłanie. Może warto przebijać się przez nie różnymi środkami lokomocji, bo a nuż czeka na nas za nimi jakaś wiosenna nagroda – tylko nasz, i własny „typ syberyjski”. Pogody ducha w takim razie życzę w te zimowe dni, w zaspy bogate i pełne oblodzonych chodników.

Share

Życie osoby niepełnosprawnej w Polsce usłane jest różami, z tym zastrzeżeniem, że róże sterczą kolcami, niczym palisada wioski ludożerców, a płatki służą jedynie do ubarwienia pełnego hipokryzji sielskiego obrazka.

Weźmy przykład pierwszy z brzegu, czyli mój. Kiedy 5 lat temu stałem się jednonogiem,  nastąpiła biurokratyczna konieczność ustalenia stopnia mojej niepełnosprawności. W tym celu wysłałem dokumentację medyczną do odpowiednich instytucji. (Celowo nie wymieniam ich długich nazw, ograniczę się jedynie do oczywistego spostrzeżenia, że im dłuższa nazwa, tym większy stopień zbiurokratyzowania i niekompetencji – zapomniane prawo Parkinsona).

Dość powiedzieć, że w końcu przysłano mi orzeczenie o stopniu niepełnosprawności znacznym… warunkowo na dwa lata. Pamiętam, kiedy czytałem to pisemko opatrzone licznymi pieczęciami, przypomniała mi się reakcja niejakiego Stopy Lichodiejewa z „Mistrza i Małgorzaty’, który na widok kota wypijającego kieliszek wódki i zakąszającego grzybkiem, bez czucia osunął się na ziemię drapiąc bezwiednie futrynę. Ze mną nie było aż tak źle, niemniej usłyszałem za uszami diabelski chichocik: „Witamy w świecie absurdu”.

Postanowiłem walczyć z demonami biurokracji i wysłałem zjadliwe pisemko do medycznych urzędasów, pytając, czy uważają, że jestem jaszczurką, której odrasta utracony ogon? Zignorowano te kwestię, uznając widocznie, że jednak jaszczurem nie jestem i orzeczono „dożywocie”. Myślałem, że moje potyczki z biurokracją na tym się zakończą. O, nie szanowna gawiedzi,  o , nie!

Pewna fundacja, która każdego niepełnosprawnego zapewnia, że „nie jesteś sam”, kiedy zwróciłem się do niej o pomoc przy zgromadzeniu środków na zakup protezy, poprosiła o komplet niezbędnych dokumentów. Wysłałem je więc z papierami „operacyjnymi” ze szpitala na czele. Fundacji profesjonalny raport o amputacji nogi nie zadowolił. Zażądała, by pan Kołodziejski dostarczył zaświadczenie od lekarza pierwszego kontaktu, że wyżej wzmiankowanej nogi nie posiada. Co było  robić. Pan K. udał się do przesympatycznego Pana Doktora i rumieniąc się ze wstydu wyłuszczył mu swój problem. Lekarza, który większość życia spędził w PRL-u i z niejednym absurdem miał do czynienia, prośba ta wcale nie zdziwiła.

Z głębokim westchnieniem wypełnił urzędowy druczek, mamrocząc coś pod nosem o nieograniczoności miłosierdzia boskiego i głupoty ludzkiej. W ten oto dosyć skomplikowany i czasochłonny sposób udowodniłem, że jednak jaszczurką nie jestem. Nawiasem mówiąc, to zaświadczenie zdało się psu na budę, gdyż fundacja zapowiedziała,  że,  i owszem, dorzuci mi co nieco, jeśli przedstawię jej na piśmie zaświadczenie, że zgromadziłem  już 80% wymaganej sumy.  Spadam więc gromadzić środki, jak mówili w wojsku, „czołganiem przez pełzanie”, co jest  przecież ulubionym sposobem poruszania się jaszczurki.

Andrzej Kołodziejski

Share

Dzisiaj Drogie Dzieci będzie słów kilka o przyjaźni. Nie będę definiował przyjaźni, bo sam nie mam takiej definicji. Albo jest przyjaźń między ludźmi, albo jej nie ma. Proste jak drut, no nie? Pewnie niektórym z Was trudno będzie to zrozumieć, ale Przyjaźń o wiele więcej warta jest niż nawet najmiłośniejszy związek damsko-męski. Tak też po prostu jest.

Przyjaźń jest wieczna – jeżeli jest prawdziwa. Kiedy przerodzi się w miłość to już w ogóle super, bo wtedy ta druga (znaczy miłość) zbudowana jest na czymś piekielnie trwałym. Jeżeli macie przyjaciół pomyślcie, że jesteście szczęśliwymi ludźmi, naprawdę. Kiedy w życiu nie ma przyjaźni jest naprawdę krucho.

Kiedy jednak jest ktoś, kto zawsze wesprze Was swoją obecnością chociażby (która często o wiele więcej znaczy niż najpiękniejsze słowa!) jest poczucie bezpieczeństwa i trwałości, które znaczą bardzo, bardzo dużo. Przyjaźń zatem jest według mnie bardzo ważna. Jeżeli nie mamy jej w swoim życiu czy tak czy siak jesteśmy sami.

Podobno człowiek zawsze jest sam – tak mówią. To prawda, ale tylko do pewnego stopnia. Jesteśmy sami zawsze wobec spraw ostatecznych. Poza nimi jednak jest bardzo dużo takich miejsc w życiu, kiedy obecność przyjaciół jest wręcz niezbędna, by móc dalej oddychać.

Niektórzy mają ich wielu, niektórzy tylko jednego. Zawsze jednak są oni kamieniami węgielnymi, o których nigdy nie wolno zapominać. Jeśli ktoś nie ma choć jednego przyjaciela, zbudował konstrukcję bez węgielnego kamienia.

Przyjaźń znaczy więcej niż moglibyśmy przypuszczać.

Share

To właśnie lata osiemdziesiąte są dla jednych szczytem tandety i kiczu w muzyce, a dla innych (także i dla mnie) jednym z najwspanialszych okresów, wręcz złotymi latami młodości i młodzieńczego szaleństwa, także muzycznego. To właśnie w tych latach 80. byłem (jak może wielu z Was) nastolatkiem, przeżywałem pierwsze miłości „po grób” i zaczynałem żyć pełnią samodzielności, a w muzyce narodziło się i zaczęło kształtować wiele stylów istniejących do dziś: New Romantic, Synth Pop, Italo Disco, Euro Disco, Techno, House, Electro, New Beat.

Wszystkie te style muzyczne łączy przede wszystkim jeszcze wówczas prymitywne i plastikowe brzmienie pierwszych syntezatorów (wtedy było to nieodzowne „objawienie” brzmieniowe). Pewne natomiast jest, że to właśnie te lata przyniosły ogromny rozkwit w muzyce pop i pokrewnych gatunkach, że powstały tysiące utworów, które stały się nieprzemijającymi standardami.

Oprócz największych wykonawców tamtego okresu, znanych i często grających do dziś (jak choćby Depeche Mode), powstało też mnóstwo mniej znanych zespołów, o których dziś pewnie się już nie pamięta, ale za to ich utwory, które przetrwały wiele lat, obecnie często stają się źródłem przeróbek i coverów. Bywa też, że ówczesne utwory są modyfikowane w ten sposób, iż brzmią lepiej i nowocześniej. Często robią to ich twórcy i pierwsi wykonawcy, którzy zdecydowanie poprawiają, uwspółcześniają brzmienie, dając nam w ten sposób stary dobry produkt w zupełnie innym, nowym opakowaniu.

Także w coraz większej liczbie pubów, klubów i dyskotek gra się teraz tamtą muzykę, są nawet takie lokale, które grają wyłącznie disco z lat 80. i mają z tego powodu swoją  stałą i wierną klientelę. Jestem przekonany, że gdziekolwiek się zagra tamtą muzykę, na jakiejkolwiek imprezie (dyskotece, w pubie, imprezie domowej lub okolicznościowej czy na weselu), to mamy praktycznie 100% gwarancję szampańskiej zabawy i pełnego parkietu…

Zresztą powiedzmy sobie szczerze, kto tak naprawdę choćby raz w życiu nie poddał się, nie zatracił w tańcu przy najlepszych utworach Eurythmics, Dead or Alive, Pet Shop Boys, Alphaville, Modern Talking, OMD, Shakin Stevensa, Wham, Michaela Jacksona, A-ha, Abby… Dobrych wykonawców z tamtego okresu można wymieniać naprawdę długo, a jest to wciąż zaledwie garstka spośród wówczas sławnych.

Dlaczego tak jest, dlaczego ta stara, bądź co bądź, muzyka nadal porusza, bawi, „kręci” tak wiele osób, dlaczego jest nieprzemijająca? Moim zdaniem u źródeł jej wieloletniego, spektakularnego sukcesu leży kilka cech istniejących równocześnie.

  • Po pierwsze i chyba najważniejsze, w tamtych utworach są najczęściej bardzo chwytliwe i wpadające w ucho melodie, które raz usłyszane „chodzą po uszach” bardzo długo. Podam bardzo prosty przykład piosenki „Cheri cheri lady”, którą zna chyba każdy mimo upływu niemal trzydziestu lat od premiery
  • Nie mniej ważne moim zdaniem jest to, że ówcześni wykonawcy mieli dużo lepiej opanowany warsztat muzyczny (i wokalny, i instrumentalny) od współczesnych, u których jakże często czyni się cuda techniczne, by śpiew trafiał w tonację i nie był „obok” rytmu. W tamtych czasach zdecydowanie bardziej liczyły się umiejętności artysty i jego talent, który nie był aż tak mocno jak dziś wspomagany przez kampanie medialne i technikę audiowizualną. Liczył się warsztat i pomysł, a nie nie szok i skandal, który wszak z muzyką ma niewiele wspólnego.
  • Dalej będzie to bardziej jednoznaczna, niż jest to obecnie, przynależność do określonego stylu. Wówczas nikt nie miał wątpliwości, że disco to disco, new romantic to new romantic itd. Muzyka tego typu była o wiele mniej eklektyczna niż obecnie, bardziej rozpoznawalna i jednoznaczna stylowo.
  • Nie można też zapomnieć o tym, że w latach 80. obowiązywały inne kanony piękna i sztuki. To co miało być ładne, było rzeczywiście ładne, a teraz różnie z tym bywa…

Jednym słowem, jestem pewien, że i za kolejne 30 lat, np. utwór „Smalltown Boy” Bronskiego Beatu będzie słuchaczy wzruszać i powodować szybsze bicie serca, czego niestety moim zdaniem nie można powiedzieć o twórczości zdecydowanej większości współczesnych wykonawców, których nazw teraz najczęściej nawet nie rozróżniam…

Pora umierać?

Marek Grabowski

Share

Dziś chcę się skupić na rozwoju, na wzbogacaniu wrażliwości, emocjonalności i na zmianie sposobu postrzegania świata dzięki kontaktowi z dziełami noszącymi miano sztuki.

Człowiek niemal od początku swojego istnienia jako homo sapiens ma wrodzone dążenie do wytwarzania rzeczy, które nie służyły i nie służą egzystencji w sensie biologicznym i są przejawami tzw. wyższych potrzeb ludzkich.

Tak więc sztuka narodziła się wraz z rozwojem cywilizacji i można przypuszczać, że na początku pełniła przede wszystkim funkcję związaną z obrzędami magicznymi, którą zachowała u ludów pierwotnych do dziś
Sztuka pełni rozmaite funkcje, m.in. estetyczne, społeczne, dydaktyczne, terapeutyczne. Poszczególnymi jej zadaniami będę się zajmował w kolejnych postach, a teraz skupię się jedynie na wyznaczaniu jej ogólnych ram i definicji oraz na estetycznej funkcji sztuki.

Możemy krótko powiedzieć, że jest to dziedzina aktywności ludzkiej uprawiana przez artystów.

Nie istnieje jedna spójna, ogólnie przyjęta definicja sztuki, jest ich współcześnie co najmniej kilka, gdyż jej granice są redefiniowane w sposób ciągły, w każdej chwili może pojawić się dzieło, które w arbitralnie przyjętej, domkniętej definicji się nie mieści.

Nie zgadzam się z jedną ze współczesnych, oficjalnych definicji sztuki, która głosi, że w sztuce pojęcie piękna nie jest ważne i dla niej samej nie jest już nie tylko wartością wyróżniającą, ale nawet nie jest niezbędne.
W ciągu swej długiej historii pojęcie sztuki z bardzo szerokiego, o precyzyjnie wytyczonych granicach, znacznie zawęziło swój obszar. Także jego granice wyraźnie się zatarły. Idąc dalej tym tropem, w społeczeństwach współczesnych sztuka jest w dużej części zawłaszczona przez przemysł rozrywkowy i stała się też w pewnej mierze kolejną gałęzią przemysłu (tzw. sztuka popularna, pop).

Dla mnie o wiele bliższa jest alternatywna koncepcja sztuki, sformułowana przez W. Tatarkiewicza w książce: „Dzieje Sześciu Pojęć”, która mówi, że twórczość artystyczna jest odtwarzaniem rzeczy, konstruowaniem form bądź wyrażaniem przeżyć, tylko jeśli wytwór tego odtwarzania, konstruowania, wyrażania jest zdolny zachwycać, wzruszać bądź wstrząsać.

Dlatego właśnie, zgodnie z ostatnią przytoczoną definicją, nie jest sztuką punk rock, który w swym charakterze niesie tylko agresję i dzikość wyładowania emocji i frustracji. Nie są też sztuką  plastikowe, sztampowe przeboje disco, u których źródła leżała jedynie chęć zarobienia pieniędzy. Nie są też sztuką inne tego typu działania rzekomego „artysty”, dla którego piękno, a także wzruszenie widza/słuchacza/czytelnika jest nic nieznaczącym abstrakcyjnym pojęciem.

Spotkałem się z opinią (to tzw. nominatywna definicja), że cechą wspólną dla wszystkich dzieł sztuki ma być intencja, z jaką dzieło zostało powołane do życia. Jeśli twórca kreuje je z intencją stworzenia dzieła, to dany wytwór dziełem bezwzględnie jest. To także pozostaje w zgodzie z powiedzeniem Donalda Judda, że sztuką jest to, co się za sztukę uważa. Taka definicja z kolei uniemożliwia wartościowanie dzieł, wszystko, co autor uzna za sztukę, musi nią być, bez względu na poziom, jaki reprezentuje.

Nie zgadzam się z tym zupełnie i uważam, że najważniejszą cechą wyróżniającą sztukę na tle innych działań człowieka jest to, że MUSI zachwycać i wzruszać.

Jednym słowem bezwzględnie konieczną cechą wyróżniającą utwór artysty od wytworów wszystkich innych osób musi być piękno, co zupełnie nie przeszkadza temu, że dzieło sztuki może przekazywać ważne treści, opowiadać o czymś istotnym bądź wstrząsać.

Marek Grabowski

Share

Chyba w latach sześćdziesiątych (albo i w pięćdziesiątych, nie pamiętam, bo mnie jeszcze wtedy nie było na świecie) bardzo popularna była piosenka zespołu Filipinki o pierwszej w świecie podniebnej miss, Walentynie Tiereszkowej – rosyjskiej, pierwszej kobiecie kosmonautce. „Walentyna, Walentyna, to pierwsza w świecie podniebna miss. Jej imieniem więc się zaczyna najnowszy Walentyna Twist.” Jakoś chyba tak to szło. Za kilka dni święto zakochanych Walentynki, więc dlatego o tym piszę.

Pewnie po raz kolejny będę – klasycznie – siedział sobie w pokoju przy herbatce i czytał książkę. No cóż, starzeję się, to niezaprzeczalny fakt. A człowiek na starość to już tylko książeczka, ciepełko domowego zacisza, wygodny fotelik i inne takie tam. Pewnie jednak będzie mi trochę smutno, więc pod nosem zaśpiewam sobie o Walentynie, która gdzieś hen pod gwiazdami fruwała rosyjską rakietą, czy innym statkiem kosmicznym. No wiem, żałosne jak nie wiem co.

W każdym razie Walentynki tuż tuż. Samotnikom, takim jak ja życzę jednak pogody ducha, wewnętrznego spokoju i znalezienia wreszcie tej jednej jedynej miłości. Miłość to fajna sprawa – nie zastąpi jej żadne teoretyzowanie, poetyckie wynurzenia czy ględzenie o pozornej wolności. Z góry więc życzę wszystkim miłości, a reszta sama się odnajdzie.

I żeby nikt nie był niczym cymbał brzmiący i miedź brzęcząca, a mówienie językami świata i aniołów zastąpił prostym „Kocham Cię” (nawet jeśli naprzeciwko siedzieć będzie inna Walentyna). Tyle na dzisiaj.

Share

„Pani kierowniczko! Takie jest odwieczne prawo natury: jak jest zima to musi być zimno!” – na pewno wszyscy pamiętają te sławetne fragmenty z „Misia” Barei. Trudno się z tym nie zgodzić. W naszym mieście, Warszawie, to, że jest zimno, można rozpoznać nie tylko po tym, że jest zimno, ale także po tym, że przy autobusowych przystankach stoją rozpalone do czerwoności koksowniki; można radośnie ogrzać sobie łapki i w ogóle, jest przyjemnie.

Dla palaczy zima jest dodatkowo ekonomiczna. Jak ktoś pali, to musi palić szybko, żeby nie zamarznąć i ochoczo schronić się w ciepełku najbliższego pomieszczenia (ogrzewanego of course). Zimą więc palacze uczą się szanować swój czas innymi słowy.

Poza tym, trzeba nauczyć się (jeśli ktoś nie umie jeszcze) szybciej chodzić – od przystanku często gęsto jest spory kawałek do przejścia, czy to do pracy, czy to do domu.

Jak widać wszystko ma swoje dobre i złe strony – zima, palenie papierosów i to że na zimę jest zimno.

Maciek (palacz)

 

P.S.

Palenie szkodzi zdrowiu (tak samo, jak podobno wszystkie inne przyjemne rzeczy w życiu na tym łez padole) – to niepodważalny fakt. Ale w zasadzie zima też (bo przeziębienia i w ogóle). Uroń więc łezkę współczucia Szanowny Czytelniku nad palaczem, którego w dodatku dopadł zimowy mróz – 20°C. Nie dość, że pali, to i zza rogu czyha na niego angina.

Share

Wieczorem w piątek byłem na wernisażu. Gdyby nie obowiązki w pewnym sensie służbowe darowałbym sobie to wyjście i w piątkowy wieczór zaszyłbym się w pokoju z mocną, czarną herbatą i książką. No wiem, że to straszna nuda, ale latka swoje już mam i po prostu mi się nie chce. Nie żebym był jakimś starcem, ale jak boga kocham, na takich imprezach nawiedza mnie zawsze ironiczny duch Witolda G. Serio. Wiem, jestem straszny, ale nic na to nie poradzę. No więc, wernisaż….tiaaaaaaaa.

Zdjęcia rewelacyjne, bez dwóch zdań – gdybym robił chociaż w połowie tak dobre foty mógłbym się uznać za naprawdę świetnego fotografa. Nie ma co się rozwodzić – zdjęcia na olbrzymim poziomie artystycznego kunsztu. Dlaczego w takim razie zmyłem się stamtąd tak szybko? No cóż. Atmosfera (atmosferka).

Pewnie jestem za bardzo surowy i pewnie nie do końca mam rację, ale tak czuję, więc nic na to nie poradzę. Zawsze przy takich okazjach mam wrażenie, że ludzie, którzy tam są, są tam bo wypada, a nie dlatego, że faktycznie są zainteresowani. Jakieś rozmowy, jakieś winko, ktoś ogląda zdjęcia, ktoś przylazł, bo wydaje mu się, że będzie fajniejszy, jak od czasu do czasu pojawi się w takim miejscu, jakieś twarze, które znałem lata całe temu, a teraz nic dla mnie już nie znaczą, oprócz tego, że widzę w nich zupełnie obcych ludzi. To jest tak – dlatego bardzo rzadko bywam, w takich miejscach, bo zawsze czuję tam jakiś fałsz i sztuczność.

Tak na logikę: nie można zdjęcia czy obrazu naprawdę obejrzeć i przy tym zrozumieć, kiedy wokół kręci się kilkadziesiąt osób, z których każda coś mówi. Malarstwo jak i fotografia wymagają czasu, skupienia, ciszy i nawet po prostu kontemplacji. Wernisaże, premiery, wystawy są dobre dla snobów. Sztukę smakuje się w samotności, tym bardziej sztukę wizualną.

Punkt pozytywny tego wyjścia: na następne lata mam święty spokój, bo na pewno z własnej woli nie polezę na tego typu imprezę długo, długo, długo.

 

Share

Załóżmy na wstępie, że będziemy tu rozumieć szczęście jako efekt własnych poczynań w kierunku osiągnięcia sukcesu w dowolnej dziedzinie, bez skupiania się na poczuciu szczęścia wynikającym z relacji z drugą osobą czy interakcji rodzinnych. Obliczono statystycznie, że tylko 5 procent ludzkości osiąga prawdziwy sukces i od razu powinno w naszych umysłach zrodzić się pytanie, co powoduje, że można nas raczej zaliczyć do pozostałych 95 procent?

Każdy może i nawet chyba powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, w jaki sposób przeżywa własne życie. Czy angażując stale wszystkie swoje możliwości psychofizyczne, należy każdy kolejny dzień wykorzystywać maksymalnie do realizacji swoich zamiarów i osiągania celów? Czy ciesząc się każdą chwilą, należy z entuzjazmem podejmować się wszelkich, nawet trudnych i skomplikowanych zadań? Czy wręcz przeciwnie, przyjmując wszystko biernie i w tej postaci, w jakiej istnieje, bez podejmowania żadnej aktywności zmierzającej do realizacji marzeń, być przeciętnym i w końcu popaść w rutynę codzienności i bylejakości?

To co za chwilę tu napiszę, może zniechęcić do  działań lub odwrotnie – wywołać „wzięcie się w garść” i motywację do brania życia w swoje ręce…

Nikt nie wymyślił złotego środka na osiągnięcie tego, co się chce i odniesienie sukcesu, cokolwiek on znaczy dla każdego z nas, i każdy może pojmować za tenże sukces zupełnie różne wartości. Innymi słowy dla każdego z nas sukces może oznaczać zupełnie coś innego!

Niemniej jednak przytoczę tutaj jedną, uniwersalną, jak sądzę, radę. Chcę jednak od razu zrobić pewne zastrzeżenie, że opisywana metoda nie jest jedynie „pozytywnym myśleniem”, które ma tyle samo zwolenników, co przeciwników, lecz jest w dużym stopniu pokrewna z założeniami np. Huny, o której także piszę tym blogu w dziale „Psychotronika”.

Do skorzystania z tej rady nie potrzeba będzie ani pieniędzy na inwestycję, ani udziału w żadnych szkoleniach, ani szlifowania umiejętności w czasie długich godzin żmudnych ćwiczeń. Jedyne, co chcę tu zaproponować, to zmiana swoich nawyków myślowych i podejścia do siebie samego.

Pewna mądrość, którą sam znalazłem w kilku publikacjach na temat rozwoju i osiągania sukcesu i której trudno jest zaprzeczyć, zawiera się tylko w jednym zdaniu. Radzę przeczytać uważnie i głęboko się nad nim zastanowić! „Jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”. To twoje myśli i nawyki determinują Twoje wszelkie postępowanie i stajesz się tym samym swoistą „samosprawdzalną przepowiednią”. Działasz według własnych utartych schematów postępowania, towarzyszy Ci permanentny strach przed jakąkolwiek zmianą i podjęciem dowolnych nieznanych wyzwań. Wskutek tego tkwisz w dotychczasowym schemacie myślowym, a Twe życie nie ma szans na pozytywną zmianę. Proste, czyż nie?

Najważniejsze jest zatem to, w jaki sposób myślisz i jakie masz nastawienie do życia. Dowolny sukces trzeba najpierw wymyślić, zwizualizować, niejako przeżyć go niemal realnie w wyobraźni i dopiero później należy podjąć działania w celu jego urzeczywistnienia. Właśnie taka kolejność postępowania może stać się źródłem wymarzonego sukcesu i właśnie tym, wydawałoby się, drobnym szczegółem różni się to od zwyczajnego i szczególnie modnego w dzisiejszych czasach „pozytywnego myślenia”. Najpierw trzeba sobie ten przyszły sukces dokładnie wyobrazić z wszelkimi możliwymi szczegółami jego konsekwencji i dopiero, skupiając się na tym całościowym wyobrażeniu, zacząć go urzeczywistniać.

Metoda, którą opisałem, bardzo mnie przekonuje, jest zgodna z tym pierwszym podejściem do życia i samego siebie. Jest absolutnym przeciwieństwem bierności i przyjmowania swego życia takim, jakie jest, choć, jak wspomniałem, nie wymaga męczącej aktywności ani wysiłku, tylko myślenia i wyobraźni!

Pozdrawiam wszystkich i życzę bogatej wyobraźni…

Marek Grabowski

Share
Stats
  • Total Stats
    • 6 Authors
    • 63 Posts
    • 0 Tags
    • 27 Comments
    • 7 Links